Ten spór i sposób jego zakończenia ilustrują jedną z mało znanych cech tego gremium: głęboko zakorzenioną „kulturę kompromisu”, która ma często niewiele wspólnego z tradycjami narodowymi, lecz za którą mogą się kryć nie od razu widoczne pobudki.

Ta wewnętrzna dwoistość ma swoje powody: parlament rozstrzyga wiele kwestii technicznych, takich jak regulacje telekomunikacyjne, jakość paliwa czy standardy bezpieczeństwa, które są przedmiotem zainteresowania tysięcy lobbystów zaludniających unijną dzielnicę Brukseli.

Co więcej, nawet najbardziej upolitycznione kwestie głosowane są po długich konsultacjach pomiędzy instytucjami mającymi często zupełnie różne motywacje: Parlament musi działać we współpracy z Radą, która reprezentuje stanowisko wypracowane pomiędzy rządami poszczególnych państw członkowskich, oraz z Komisją, w której skład wchodzą co prawda politycy określonych partii, ale ściśle przestrzegający zasady apolityczności podejmowanych decyzji.

„W Parlamencie nie istniała nigdy stabilna koalicja czy większość” – mówi Florent Saint-Martin, asystent parlamentarny i wykładowca paryskiej Ecole Libre des Sciences-Politiques. Według niego w roku 2008 dziewięć na dziesięć głosowań zostało rozstrzygniętych większością co najmniej 80 procent głosów.

„To właśnie ta jednomyślność daje temu zgromadzeniu silną pozycję wobec Rady i Komisji” – mówi Olivier Costa, członek francuskiego ośrodka badawczego CNRS i współautor (wraz z Florentem Saint-Martinem) wydanej niedawno książki na temat Parlamentu Europejskiego („Le Parlement européen, La Documentation française”, kwiecień 2009).

Zasadniczą rolę w utrzymywaniu konsensusu odgrywają trzy główne ugrupowania – chadecka Europejska Partia Ludowa, socjaliści oraz liberałowie. Według witryny internetowej VoteWatch.eu, prowadzonej przez naukowców z Wolnego Uniwersytetu Brukselskiego i London School of Economics, każda z nich wykazuje w głosowaniach poziom jednomyślności przekraczający 85 procent.

Jednak współpraca pomiędzy instytucjami europejskimi nie wystarcza, by całkowicie wyeliminować spory na temat najważniejszych przepisów omawianych przez parlament, a spory takie w wielu przypadkach odzwierciedlają tradycyjne różnice pomiędzy partiami, których punkty widzenia są często zasadniczo odmienne, zanim utrze się kompromis, a dopiero wtedy dochodzi do głosowania. Przykładami mogą być dyrektywa Bolkesteina, dyrektywa REACH o substancjach chemicznych czy też regulacje dotyczące czasu pracy, zmian klimatycznych lub „zawracania” nielegalnych imigrantów. „Kwestie społeczne i ekonomiczne, ochrona środowiska i imigracja to zagadnienia, gdzie wciąż mamy do czynienia z istotnymi różnicami zdań pomiędzy lewicą i prawicą” – mówi Saint-Martin.