Wszystkie ważne wydarzenia w historii świata mają dwa wersje: bohaterską i podszytą śmiechem. Dwadzieścia lat temu zachodnioniemiecki magazyn satyryczny wyszydził rewolucję w Niemczech Wschodnich, publikując zdjęcie enerdowskiej nastolatki o imieniu Gaby, która radośnie prezentowała obranego ogórka. Podpis: mój pierwszy banan.

Żyjemy dziś w czasach przesiąkniętych ironią, na bohaterów patrzy się sceptycznie. Nauczyliśmy się bohaterstwa obawiać – zbyt często bowiem miało ono coś wspólnego z wojną i dyktaturą. Świętowanie zjednoczenia Niemiec dotychczas najchętniej kojarzono z upadkiem muru – wydarzeniem na miarę cudu, które spadło na podzielony Berlin, wraz z litrami strzelającego szampana, niczym prezent od niebiosów. Stołeczne obchody zawsze miały jednak jakiś fałszywy ton, ktoś się tu mijał z prawdą historyczną. Dziś wiemy, że dramatyczne wydarzenia jesieni ’89 osiągnęły swój punkt kulminacyjny nie w centrali partyjnej, lecz na ulicach Lipska.

Pokojowa rewolucja w Lipsku

To tam 9 października okazało się, że Niemiecka Republika Demokratyczna jest niezdolna do działania. 70 tysięcy ludzi, którzy przeszli przez miasto w proteście przeciwko systemowi komunistycznemu, skutecznie unieszkodliwiło aparat represji. Zachęciło to naśladowców w całym kraju i podkopało morale rządzących. Można powiedzieć, że mur tak naprawdę upadł w Lipsku. Bez 9 października nie byłoby celebrowanego od lat 9 listopada. Fakt ten zaczynamy powoli rozumieć dopiero w dwudziestą rocznicę wydarzeń jesieni 1989 r.

We wspomnieniach z tamtego czasu coraz rzadziej przywołuje się sceny masowego padania sobie w ramiona na granicy w Berlinie. W ich miejsce pojawia się niekończąca się rzeka ludzi spokojnie płynąca ulicami Lipska. Coraz częściej też proces przejścia od socjalizmu do gospodarki rynkowej w NRD – czego pomysłodawcą był przedostatni przewodniczący Rady Państwa Egon Krenz – nazywa się tak, jak się nazywać powinno. Nie „upadek muru”, lecz „pokojowa rewolucja”.

Z najzabawniejszej legendy z czasów rewolucji w NRD wynika całkiem poważna konstatacja. Mówi ona o odwadze, jaką we właściwym momencie wykazali się mieszkańcy Saksonii, i o tchórzostwie, z powodu którego pozostali obywatele Niemiec Wschodnich powinni się wstydzić – bo to oni zbyt późno wyszli na ulice. Legenda ta głosi, że kiedy we wrześniu czy w październiku 1989 r. na stacjach benzynowych w Lipsku pojawiał się samochód o numerach rejestracyjnych z północnej części kraju, a tym bardziej z Berlina (rejestracje zaczynające się od litery „I”), ich pracownicy odmawiali podróżnym zatankowania paliwa. „Idźcie najpierw na demonstrację – przekonywali – dopiero wtedy pogadamy!” Nie wiadomo, czy tak bywało rzeczywiście, jednak od dwudziestu lat spór narasta. Które z miast wykazało się większym bohaterstwem – Lipsk czy Berlin?

Siła dawnych animozji

Tak naprawdę w sporze chodzi o uznanie zasług. Ostatnio rozgorzał on na nowo w trakcie debaty na temat pomnika jedności niemieckiej. Mieszkańcy Lipska poczuli się pominięci, a nastroje uspokoiło dopiero 15 milionów euro na budowę ich własnego miejsca pamięci. Na tym się nie skończyło, animozje z czasów NRD są głęboko zakorzenione – pogardę wobec stolicy podsycały zarówno złość na władze państwowe, jak i zawiść z powodu przywilejów mieszkańców Berlina Wschodniego.

Berlin Wschodni długo określano mianem „okna wystawowego” – dla celów propagandowych miasto miało pierwszeństwo w dostawach deficytowych towarów. Berlińczyków uważano na prowincji za bardziej lojalnych wobec systemu, miała to sprawiać bezpośrednia bliskość ośrodków władzy. Rok 1989 przyniósł tego potwierdzenie: mieszkańcy stolicy wyraźnie ociągali się w protestach. Największa demonstracja w mieście, która odbyła się 4 listopada, była legalna, uzyskano na nią pozwolenie.

Dziś konkurencja między miastami nie słabnie. Berlin stał się co prawda symbolem zjednoczenia, tak jak mur berliński symbolizował podział kraju. Niech jednak widok roztańczonych tłumów na stołecznych ulicach po otwarciu granic nikogo nie wprowadzi w błąd. Dzień wcześniej w mieście panowała pełna trwogi cisza.

Zapomniani bohaterowie

Tymczasem o strachu towarzyszącym uczestnikom protestów w Lipsku nikt prawie nie pamięta. Dzieje się tak dlatego, że z pierwszych demonstracji poniedziałkowych we wrześniu i na początku października 1989 r. zachowało się tak mało zdjęć. Zachodni dziennikarze mieli akredytacje na Berlin. Poza tym filmowanie było niebezpieczne, co pokazują fotografie robione z ukrycia. Widać na nich bezbronność rozpędzanych demonstrantów i niemiłosierny ścisk otoczonych przez policję. A czego nie widać? Transporterów opancerzonych, nerwowości w szeregach oddziałów prewencji oraz unoszącej się w powietrzu groźby śmierci. Trzeba pamiętać, że pod koniec września w trakcie oficjalnej wizyty w Chinach Egon Krenz ze zrozumieniem wypowiedział się o masakrze na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie. To, co mówił, nie powstrzymało demonstrantów, co świadczy o ich prawdziwym bohaterstwie.

Ironią historii pozostanie to, iż lipscy funkcjonariusze komunistycznej partii SED oraz wysocy dygnitarze z Berlina mają sobie dziś za zasługę, że wydarzenia z 9 października były pokojowe. Za najbardziej zuchwałego mistrza w fałszowaniu historii może uchodzić Egon Krenz, który po zakończonej demonstracji zadzwonił do Lipska, by potwierdzić swoją „decyzję” o zakazie użycia broni palnej. Tymczasem faktycznie nie ma dowodów, że taka decyzja zapadła. Wiele wskazuje na to, że krwawemu rozwiązaniu konfliktu zapobiegło wydanie rozkazów sprzecznych z obowiązującym prawem.

Aby oddać tym czasom sprawiedliwość, musimy przede wszystkim utorować drogę dla antyautorytarnego bohatera, który wtedy doszedł do głosu. Wbrew temu, co się dziś twierdzi, między Berlinem a Lipskiem nie było wówczas antypatii. Sieć dysydencka rozciągała się na całą NRD. Tak jak we wrześniu berlińczycy ruszyli do Lipska na pierwsze demonstracje, tak na początku października mieszkańcy Lipska zjawili się w Berlinie. Nie ze wszystkich jesiennych demonstracji są zdjęcia, ale bohaterskich miast i wsi było bez liku. Nawet jeśli dziś nie o wszystkich się pamięta, wynika to po części z natury rewolucjonistów, którzy nie tylko nie uciekali się do przemocy, ale też za swą wywrotową działalność nie oczekiwali później nagrody. Choćby tej w postaci stanowisk politycznych. Ich bronią były męstwo i odwaga, ich taktyka polegała na tym, by nie wzmagać napięcia, a w strategię wpisana była pokora. Bohaterów roku 1989 poznać po tym, że sami siebie nigdy za bohaterów nie uważali.