W listopadzie 2011 r. dobiega końca w Grecji kilka etapów. Pierwszy to proces, który rozpoczął się w 2009 r. wraz z dojściem Papandreu do władzy, drugi, ważniejszy, nastąpił w 2001 r. po wejściu Grecji do EWG i pierwszym zwycięstwie wyborczym partii Pasok. Efekt obu tych procesów jest taki, że obecna sytuacja gospodarczo-społeczna kraju nie ma nic wspólnego z marzeniami greckich orędowników idei europejskiej.

Recesja, zadłużenie, beztroskie rządzenie państwem, demoralizacja społeczeństwa, wszystko wygląda tak, jakby Grecja nie należała do NATO i do Unii, lecz wydobywała się, podobnie jak pozostałe kraje bałkańskie, z komunistycznych mroków.

Czyżby geografia wzięła rewanż? A może, całkiem zwyczajnie, to wynik tego, że rządzi krajem jedna rodzina, Papandreu, którą wielu Greków uważa za sprawcę wszystkich nieszczęść?

Dziś przedmiotem troski Grecji i Europy jest przyszłość. Nie zapowiada się ona wesoło. Zarządzanie gospodarką znajdującą się w zapaści przez oportunistyczny rząd i zbyt pochłoniętą własnymi sprawami Europę doprowadziło do kryzysów, które kolejno się ujawniają: wczoraj ogarnął on gospodarkę, dziś politykę, jutro może dotyczyć będzie geopolityki.

Od kilku miesięcy między Grekami a Europą zarysowuje się nowa przepaść. Karykaturzyści nie szczędzą w prasie odwołań do nazistowskich Niemiec, których współczesnym uosobieniem miałaby być Unia Europejska. Antyeuropeizm i postawy antyzachodnie szybko narastają.

Tęsknota za przeszłością – epoką drachmy – charakteryzującą się względnym dobrobytem i dumą, uczucie upokorzenia, jakie budzą złośliwe często komentarze prasy i przywódców europejskich oraz, last but not least, propaganda rządu, który usprawiedliwia politykę oszczędności rzekomym europejskim dyktatem, wszystkie te czynniki są pożywką dla postawy wrogości wobec Zachodu.

Wrogość ta zresztą ma źródła w dawnym świecie wyobrażeń silnie zakorzenionym w schizmie z 1054 r., IV wyprawie krzyżowej, okupacji nazistowskiej czy też w amerykańskim wsparciu dla dyktatury pułkowników...

Wystarczy spojrzeć na otoczenie geopolityczne Grecji, by zdać sobie sprawę z nowych zagrożeń. Zachodnim Bałkanom daleko do stabilizacji. Turcja oddala się od Zachodu. Kryzys gospodarczy pozbawia Stany Zjednoczone znacznej części wpływów. Natomiast odnawiają związki z dawnymi strefami wpływów Rosja i Chiny. To one tworzą nowe sieci gospodarcze i polityczne.

Grecja pozostaje dla Zachodu głównym punktem zaczepienia w tym regionie. Pewnie dlatego Europa tolerowała nieprzestrzeganie przez ten kraj reguł gospodarczych. Ewentualne wystąpienie z Unii Europejskiej czy nawet ze strefy euro zamieniłoby znowu Grecję w miejsce ścierania się angielskich, niemieckich, francuskich, amerykańskich, rosyjskich i chińskich interesów.

Poza konsekwencjami, jakie miałby taki rozwój wydarzeń dla stabilności regionu, jakież by to było upokorzenie dla europejskiego prestiżu! Europa, która chciała być wzorem i stabilizatorem pokoju na swoich obrzeżach, byłaby zmuszona przyznać się do porażki – nie potrafiła „zeuropeizować” kraju, będącego członkiem jej struktur od trzydziestu lat i uważanego za „kolebkę demokracji”.

Nieudolnie leczony kryzys gospodarczy doprowadził do kryzysu politycznego. Trzeba jak najszybciej wziąć z tej porażki naukę. To jedyny sposób, by uniknąć przerodzenia się kryzysu politycznego w kryzys geopolityczny.