To nieładnie ze strony Europy, że dopuściła u siebie do kryzysu po tym, jak do niej przystąpiliśmy, powiedział mi z niejaką goryczą zaprzyjaźniony wschodnioeuropejski dyplomata. Walczył przez wiele lat z ideą dwóch prędkości na kontynencie, a teraz stwierdza bezradnie, że rozwiązanie to okazuje się jedyną drogą ratunku. Co powinniśmy z tym zrobić?

Jeśli zgodzimy się na rozwiązania w rodzaju tych, jakie proponuje Jean-Claude Piris [jeden ze współredaktorów traktatu lizbońskiego] – na dodatkowy traktat obejmujący wyłącznie kraje strefy euro będące w stanie przejść do federalizmu podatkowego – wyjdziemy z kryzysu dotykającego wspólną walutę, ale staniemy w obliczu podziału państw europejskich na trzy kategorie: na kraje silnego, zjednoczonego eurolandu, kraje niedomagające, ale wciąż doń należące, które nie wiedzą, czy mają zrobić krok do przodu, czy do tyłu (Grecja, Portugalia…) oraz te kraje, które się znajdą na obrzeżach i nie będą miały większych szans na dogonienie reszty.

Europa ma za sobą niejeden kryzys. Dlaczego ten ma przebieg bardziej dramatyczny od innych? Wszyscy – z Amerykanami na czele – liczyli na to, że Europa zdoła sprowadzić do wspólnego mianownika kraje peryferyjne, tak pod względem ugruntowania demokracji, jak poziomu rozwoju, uznając tego rodzaju kryzysy za „problemy wzrostu”.

Obsesja na punkcie europejskości

Tymczasem, jak twierdzi Ivan Krastev, w tekście przygotowanym na Sympozjum Dahrendorfa [zorganizowanym w dniach 9–10 listopada w Berlinie w hołdzie zmarłemu w 2009 r. niemieckiemu socjologowi Ralfowi Dahrendorfowi], mamy do czynienia z kryzysem o charakterze dezintegracyjnym: wszystkie idee, na jakich się zasadzał projekt europejski, obracają się w chwili dywergencji przeciwko niemu.

Po pierwsze, demokracja, z towarzyszącym jej populizmem i ustępstwami czynionymi na jego rzecz przez europejskich przywódców. Po wtóre, państwo opiekuńcze w rozumieniu praw, jakie demokracje mają zapewnić obywatelom bez względu na koniunkturę gospodarczą.

Zwolennicy Europy sądzą, że gdyby udało nam się dowieść istnienia wspólnej europejskiej tożsamości, solidarność z innymi byłaby czymś naturalnym, podobnie jak wsparcie dla polityk europejskich i bardziej zaawansowana integracja. Skoro tak, to dlaczego Grecy, którzy mogliby tożsamością obdzielić niejednego, nie wspierają polityki swojego rządu?

Obsesja na punkcie europejskości i europeizmu, opartych na ogół na tożsamości definiowanej z punktu widzenia psychologii, sprawia, że umyka nam to, czym jest tak naprawdę Europa. A jest zbiorem przepisów i zdolnością do ich stosowania. Grecja od tej normy odbiega – podobnie jak Włochy czy Portugalia – i to właśnie grozi dezintegracją Europy, a nie imigranci, na których się tak często złorzeczy, i nie Rosja czy Chiny.

Sztampowa europejska tożsamość

Po prostu – europejska tożsamość jest wyłącznie brukselską propagandą, która ma usprawiedliwić europejską politykę neokolonialną, ponieważ Europa chce wprowadzić swoje zasady nawet poza własnymi granicami, na Ukrainie, w Libii czy w krajach Maghrebu, jak twierdzi profesor studiów europejskich na uniwersytecie w Oksfordzie, Jan Zielonka, w swojej książce „Europa jako imperium”.

Podobny rodzaj propagandy słyszeliśmy zresztą kiedyś na obrzeżach UE: „powrót do Europy” był skutecznie mobilizującym hasłem doby postkomunistycznych przemian, jednoczącym ludzi w ich dążeniu do wolności, ukazującym kapitalizm jako świat wyśniony, a nie jako senny koszmar. A tak naprawdę nie mogliśmy do Europy wrócić, bo nigdyśmy do niej nie należeli.

Byliśmy jej trzecim światem, a rolę dzisiejszego MFW odgrywali u nas w okresie międzywojennym przedstawiciele instytucji, które pożyczały nam pieniądze, podobnie jak dziś, potrzebne do stabilizacji naszego budżetu. Banque de France miał u nas stałego pełnomocnika, który miał prawo postawić weto wobec rządowych wydatków.

Tę sztampową europejską tożsamość odnaleźć można od Ronda Schumana w Brukseli po Belgrad czy nawet Tbilisi, gdzie ludzie przekonują się nawzajem godzinami, jak bardzo są europejscy. Ale pośrodku, w tej właściwej Europie, nikt już nie wspomina o tożsamości, żywe jest tylko nadal pragnienie, jakie zrodziło się w europejskich umysłach w latach 70. minionego stulecia.

Czekając na Barroso

Innymi słowy, ta tożsamość jest już tylko dla tych, którzy aspirują do europejskich norm; ci, którzy do nich doszli, nie zwracają już na nią uwagi. Ludzie mają już inne zmartwienia, na przykład to, że nie mogą liczyć na takie samo bezpieczeństwo socjalne, jakie zapewniono ich rodzicom. Winnym kryzysu jest, jak się utrzymuje, brak harmonii między instrumentami Europy jako bytu politycznego a projektem jej waluty.

W 1996 r. lord Ralf Dahrendorf napisał te prorocze słowa: „Niewidzialna ręka rynku narazi na szwank nawet najbardziej wyszukane plany”. I tak się dzieje. Europejscy federaliści, którzy zawsze chcieli „więcej Europy”, uważają, że harmonię można przywrócić w jeden jedyny sposób, że polityka powinna się zdobyć na ostateczny krok (rząd podatkowy) i nadążyć za wspólną europejską walutą.

Ale nie wszyscy mogą wykonać ten krok, godząc się na wspólne zarządzanie podatkowe oparte na euro, bo nie wszyscy rozwijają się w tym samym tempie. Przy obecnym stanie rzeczy Niemcy eksportowałyby bez końca swoje wyroby do Grecji, która skazana byłaby wiecznie na bankructwo i oszczędności. Europa sprowadzałaby się do „Europy niemieckiej”, europejskiego jądra. Tak przynajmniej utrzymywał Habermas na naszej konferencji.

Świat czeka, by pan Barroso, który sam też nie pochodzi z kraju leżącego w sercu Europy, pokazał nam światło na końcu tunelu. Trudno jednak sobie wyobrazić, jakiego jeszcze królika mógłby wyciągnąć ze swojego kapelusza.