Frankfurcka Stara Opera – kiedyś najpiękniejsza powojenna ruina Niemiec, a dzisiaj najbardziej olśniewający przykład odbudowy – stała się symbolem europejskiego odrodzenia. To tutaj w zeszłym miesiącu Angela Merkel i Nicolas Sarkozy spotkali się z członkami ścisłej elity unijnej biurokracji, dokonując czegoś, co w innej epoce nazwano by zapewne puczem.

Zmęczyły ich niekończące się spotkania na szczycie strefy euro, latanie wte i wewte bez żadnych efektów. Konieczne było stworzenie węższej grupy decyzyjnej, która sprawowałaby władzę stanowczo, choć nieformalnie. Tamtego wieczoru, gdy zebrali się posłuchać Mozarta w wykonaniu Orkiestry Bolońskiej pod batutą Claudio Abado, narodziła się europejska grupa do zadań specjalnych.

Grupa do zadań specjalnych

Jak właśnie przekonał się o tym Silvio Berlusconi, ta tak zwana grupa frankfurcka nie żartuje. Jeszcze kilka miesięcy temu było nie do pomyślenia, by szef jednego europejskiego rządu próbował zdestabilizować czy obalić inny. Teraz w jednym tygodniu nie gdzie indziej, a właśnie w Europie pada dwóch przywódców. Jak Sarkozy wie z niedawnego doświadczenia, zmiana ustroju wymaga jedynie podania pomocnej dłoni buntownikom.

Trudno powiedzieć, by grupa frankfurcka działała potajemnie. Na szczycie G20 w Cannes jej członkowie chodzili z plakietkami „GdF” (Groupe de Francfort) i spotykali się łącznie cztery razy. Wielka Brytania nie była reprezentowana, ale przedstawiciele Foreign Office wypowiadali się tak, jakby we wszystkim uczestniczyli. Jak to ujął jeden z nich: „Jesteśmy na drodze do usunięcia Berlusconiego”.

Kiedyś takie stwierdzenie mogłoby się wydawać szokujące, lecz na początku listopada było już widać, że rozpoczęła się operacja mająca na celu zmuszenie szefa włoskiego rządu do rezygnacji.

Kiedy rezerwowano miejsca na koncert 19 października w Alte Oper, nikt nie planował stworzenia nowej grupy do zadań specjalnych. Chodziło wyłącznie o kolejną ekstrawagancką imprezę za pieniądze podatników, o pożegnanie odchodzącego na emeryturę Jeana-Claude’a Tricheta z Europejskiego Banku Centralnego.

Dziewięćdziesięciodwuletni były kanclerz Niemiec Helmut Schmidt powiedział zgromadzonym dygnitarzom, że „niezdolność europejskich instytucji politycznych do działania” jest „o wiele większym zagrożeniem dla przyszłości Europy niż nadmierne zadłużenie”. Nadszedł więc czas na twarde działanie.

Frustrująca powolność

Angela Merkel w swoim przemówieniu przyznała, że unijne szczyty z ich skomplikowaną arytmetyką wyborczą są dla niej źródłem frustracji. „Zdolność Unii do działania i jej pole manewru okazały się skomplikowane, a wszystko dzieje się zbyt wolno” – narzekała. „Jeżeli chcemy wykorzystać ten kryzys jako szansę, musimy być przygotowani na działanie szybsze, a nawet niekonwencjonalne”. Sarkozy przybył spóźniony, ale akurat by zdążyć na tę, jak się zdaje, największą ściemę dekady.

Obecny był również nowy szef EBC Mario Draghi, Włoch niekochający Berlusconiego. A także Francuzka Christine Lagarde, nowa szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w której rękach są środki na wsparcie zadłużonych członków strefy euro i która potrafi narzucać im upokarzające warunki (jak to wkrótce uczyniła z Berlusconim).

Był także José Manuel Barroso, coraz bardziej bezwzględny przewodniczący Komisji Europejskiej, i jego człowiek od gospodarki, Olli Rehn. Wszechobecny Jean-Claude Juncker, premier Luksemburga i szef liczącej siedemnaście krajów strefy euro, był tam z Hermanem Van Rompuyem, którego wybrano prezydentem UE, ponieważ nie ma poglądów na żaden temat.

Grupa frankfurcka jest więc w istocie połączeniem unijnej hierarchii z niemiecką potęgą finansową – czymś w rodzaju nadreńskiej Brukseli. Coś takiego byłoby niemożliwe w epoce przedkryzysowej, kiedy perspektywa niemieckiej potęgi budziła poważne wątpliwości. Dzisiaj jednak Niemcy nie zamierzają już nikogo przepraszać za to, że są tacy, jacy są.

„Odpowiedzi na pytanie, kto byłby w stanie zaakceptować niemiecki model [gospodarczy], udzielił sam rynek”, powiedział niedawno rzecznik Berlina. „Rozmawiamy już tak naprawdę tylko o szczegółach i skali działań, a nie o ich zasadniczym charakterze”. Ten nowy, zaczepny ton daje się odczuć wszędzie. Anonimowi urzędnicy UE mówią dzisiaj takie np. rzeczy: „Tak, obudźcie i przyjmijcie to do wiadomości. Sami się na to zgodziliście”.

Wkręceni w kryzys zadłużenia

Biedny stary Papandreu posłużył jako cel ćwiczebny, kiedy zagroził, że przeprowadzi referendum w sprawie warunków pomocy. A zaledwie tego lata krytykował Unię za „brak decyzji i błędy” . Przekonał się, jaka może być moc decyzji odchudzonej grupy frankfurckiej, kiedy odmówiono mu jakichkolwiek pieniędzy, co przyspieszyło jego dymisję i pojawienie się w jego miejsce Lukasa Papademosa – byłego członka EBC wykształconego we Frankfurcie.

Nawet Barroso, co niezwykłe, przyłączył się do wywrócenia Papandreu, wzywając do stworzenia rządu koalicyjnego, co było nie tylko wbrew protokołowi, ale i zasadzie, że Komisja szanuje suwerenność państw członkowskich.

Berlusconi był twardszym orzechem do zgryzienia. Przez siedemnaście lat w polityce udawało mu się unikać wrogów, od opozycji po włoską obyczajówkę. Co więcej, Włochy wcale nie są bankrutem. Odliczcie koszty obsługi długu, a włoskie finanse publiczne pokażą nawet nie równowagę, lecz jedną z największych nadwyżek budżetowych w strefie euro.

Nie jest jasne, kto uznał, że Włochy znalazły się w kryzysie zadłużeniowym, kiedy oczekiwania rynku wyrażone oprocentowaniem włoskich obligacji przekroczyły podobno newralgiczny poziom 7 procent. Jedna z możliwości zawiera się w zeszłorocznej deklaracji kanclerz Merkel: „Musimy przywrócić pierwszeństwo polityki nad rynkiem”.

Piętnastu muszkieterów

Politycy próbowali tego dokonać od pokoleń – bez powodzenia. Stało się to jednak łatwiejsze dzisiaj, kiedy strefa euro stworzyła gigantyczny aparat, w którym za sznurki pociąga zaledwie kilka osób.

W wyposażonym w siłę ogniową 1 biliona euro głównym europejskim funduszu ratunkowym (EFSF) jest zaledwie piętnaście etatów. Możliwe jest dzisiaj zdobycie ogromnej władzy nad kontynentem, złożonym z wielu państw narodowych, przez grupkę podobnie myślących ludzi zgromadzonych w loży frankfurckiej opery. A wszystko to w imię europejskiej jedności.

Grupa frankfurcka, podobnie jak rynki, patrzy na demokrację z dystansem – nawet niesmakiem. Poglądy Junckera na temat tych nieznośnych wyborców są znane od czasu, kiedy w następujący sposób ujął problem polityków: „Wszyscy wiemy, co trzeba zrobić, ale nie wiemy, jak nie przegrać wyborów, kiedy już to zrobiliśmy”.

Dzisiaj jawi się rozwiązanie tego problemu. Trzeba po prostu obsadzić u władzy przywódców, którzy sami nie pochodzą z odpowiedniego wyboru i którzy nie będą ubiegać się o reelekcję. I kazać im robić to, czego się chce.