Gdy się przeglądało w ubiegłym tygodniu prasę brytyjską, nie można było nie zauważyć rosnącego zainteresowania rzadkim gatunkiem polityków – technokratami. Do technokratów właśnie, i to prominentnych, zalicza się nowy premier Włoch Mario Monti i grecki premier Lukas Papademos, których nagła nominacja na te znakomite stanowiska podyktowana została, jak twierdzą gazety, przez „skarbników” w Niemczech i we Francji.

Słowo „technokracja” pochodzi od greckich słów „tekhne”, oznaczającego umiejętności oraz od słowa „kratos” oznaczających władzę. Tak więc technokraci, w dosłownym tego słowa znaczeniu, są politykami od „rozwiązywania problemów”, podejmującymi decyzję na podstawie ekspertyz czy specjalistycznej wiedzy na konkretny temat, a nie z chęci przypodobania się jakiejś grupie interesów czy też partii politycznej.

Wielka idea międzynarodowej lewicy

Określenie to przypisuje się inżynierowi Williamowi H Smythowi z Berkeley w Kalifornii, chociaż sama idea, że kraj powinien być zorganizowany i duchowo kierowany nie tyle przez Kościół, feudalnych posiadaczy ziemskich czy wojskowych, ile przez szefów przedsiębiorstw i ludzi nauki pochodzi od wczesnego ideologa socjalizmu Saint-Simona.

Tak, nie zaszkodzi to powiedzieć: technokracja była swego czasu wielką ideą międzynarodowej lewicy. Na przykład w latach 30. ubiegłego wieku w Ameryce, nie był to termin sugerujący nadużycia, ale program nowej utopii socjalnej.

W ciągu następnych kilku dekad termin „technokracja” nabrał dość podejrzanej reputacji. Uwielbienie dla rozwoju przemysłowego i niekontrolowanie reguł przez biurokratów stały się cechą charakterystyczna reżimów totalitarnych w nazistowskich Niemczech i sowieckiej Rosji. George Orwell opisuje rządy technokracji jako zwiastuna faszyzmu. Kim był Adolf Eichmann, jeśli nie technokratą.

W wielu krajach europejskich jednak słowo „technokrata” ciągle jeszcze wywołuje pozytywne skojarzenia. W latach 50. Jean Monnet uważał wzrost za coś, co wymaga ekspertyzy, a nie partyjnej polityki. Mniejsze demokracje, takie jak w Holandii, często opierają się na technokratach, którzy pełnią funkcję negocjatorów miedzy członami nieposłusznej koalicji rządowej lub między pracodawcami i pracownikami.

Belgia, która nie ma rządu od 17 miesięcy i wciąż się liczy, jest rajem dla technokratów, a kryzys przetrzymała jak dotąd dość dobrze. W byłych państwach komunistycznych centralnej i wschodniej Europy technokraci odgrywają kluczową rolę w negocjowaniu przechodzenia od reżimu autorytarnego do demokracji.

Możliwy, a nawet konieczny element demokratycznego procesu

Kevin Featherstone, profesor zajmujący się sprawami polityki europejskiej w LSE, sugeruje, że „w tej chwili w Europie u władzy jest o wielu mniej technokratów, niż miało to miejsce w latach 90.”. Nie jest to nic nowego we Włoszech, gdzie Giuliano Amato, profesor prawa został premierem, dopiero gdy Włochy po raz pierwszy wyrzucono z Europejskiego Systemu Walutowego w 1992 r.

Carlo Azeglio Ciampi, były sekretarz generalny Banca d’Italia, podobnie jak ekonomista Lamberto Dini, nigdy nie zostali wybrani, ale otrzymali nominację z rąk prezydenta po to, aby nadzorować reformy. Sytuacja w Grecji jest zupełnie inna, ale i tam, w latach 1989-1990, Xenophon Zolotas był mianowanym tymczasowym premierem. Wielka Brytania, w której laburzyści jedynie krótko flirtowali z technokracją w latach 60. minionego stulecia, jest tu chyba niezbyt dobrym przykładem.

Czy to oznacza, że technokracja jest lepsza od demokracji? Oczywiście, że nie. Ale mogłaby być więcej warta, jeśli weźmie się pod uwagę, że wprowadzenie na jakiś czas zasad technokratycznych jest możliwym, a nawet koniecznym elementem demokratycznego procesu w czasach kryzysu.

Czy nie wolelibyśmy, żeby brytyjska opieka zdrowotna była kierowana przez technokratów (ekspertów) zamiast przez polityków i ideologów wolnego rynku? Sądzę, że tak. Czy mielibyśmy większe zaufanie do czołowych brytyjskich ministrów, gdyby większość z nich nie weszła do polityki prosto z ław uniwersyteckich? Sadzę, że tak.

Podstawowa różnica: brak charyzmy

„Inżynierowie” niekoniecznie muszą być zawsze całkowicie apolityczni, ale mogą być bardziej apolityczni niż ci, którzy zjawili się w polityce po to, aby stać się politykami. A co by się wydarzyło, gdyby to tylko technokraci byli politykami, choć bez zbyt wielkiej charyzmy czy bez drogiego PR?

„Miernota w polityce to nie jest coś, co powinno się lekceważyć”, napisał swego czasu niemiecki pisarz Hans Magnus Enzensberger w „Geniusze nie są potrzebni”.

Nie chodzi wcale o to, żeby powiedzieć, iż w strefie euro wszystko jest w porządku, ani nie o to, by twierdzić, że UE nie ma ostatnio problemu z wizerunkiem, akurat kiedy problemy finansowe sięgają zenitu, też nie o to, by oskarżać Angelę Merkel za to, że tragicznie zawiodła, przedstawiając wiarygodny plan wychodzenia z kryzysu albo że Grecja i Włochy powinny zorganizować wybory, kiedy tylko sytuacja się uspokoi.

Co najważniejsze, rzecz nie w tym, aby sugerować, że Wielka Brytania nie powinna kwestionować powtarzanych wciąż apeli o „więcej Europy”. Ale dobrze by było, gdyby spróbowała zrozumieć odmienny sposób uprawiania polityki w kontynentalnej Europie, zanim pośpieszy z udzielaniem rad.