Metoda kija i marchewki – tak właśnie w kilku słowach można by podsumować propozycje Komisji Europejskiej, które mają prowadzić do rozwiązania kryzysu zadłużenia. Rolę marchewki pełnią wspólne obligacje o jednakowym oprocentowaniu w całym eurolandzie – innymi słowy, wizja wspólnoty, gdzie odpowiedzialność jest rozłożona po równo na wszystkich. Kijem są natomiast zaostrzone kontrole i surowsze kary dla notorycznych dłużników. Można by zakładać, że program ten, któremu patronuje szef Komisji Barroso, spotka się z życzliwym przyjęciem w Berlinie. Kto tak sądził, jest jednak w dużym błędzie.

Najpierw gorzka pigułka, a potem cukierek

Choć tymczasem euroobligacje przemianowano na obligacje stabilizacyjne, a ponadto ustalono, że zadłużone kraje mogą na nie liczyć dopiero wtedy, gdy przełkną gorzką pigułkę w postaci pakietów oszczędnościowych, Niemcy po raz kolejny mówią „nie”. Zdaniem Merkel już sama debata na temat europejskich papierów jest „niestosowna” – chociaż przecież to na jej zlecenie sporządzono studium wykonalności.

Co więcej, trudno o lepszy moment na dyskusję. W zasięgu rażenia rynków finansowych znajdują się bowiem już nie tylko państwa tonące w długach, ale i kraje takie jak Austria czy Holandia. Ochrona tych ważnych partnerów leży w interesie Niemiec.

Tymczasem dla Merkel liczą się wyłącznie subordynacja i dyscyplina. Żelazna kanclerz z uporem ignoruje zdanie na temat sposobu uporania się z kryzysem wygłaszane przez coraz większą liczbę ekonomistów, że trzeba przeciw niemu iść z dwururką – emisja wspólnych obligacji oraz interwencyjny skup papierów przez EBC.

Tym samym ryzykuje ona nie tylko kolejny spór z szefem Komisji, a Barosso już od dłuższego czasu z irytacją reaguje na brak zdecydowanych kroków ze strony pani kanclerz, ale i dalszą izolację Niemiec na forum europejskim.

Wszystkiemu winne są Niemcy?

Szeregi jej sojuszników w Paryżu, Hadze i Helsinkach topnieją. Już i prezydent Sarkozy od konfliktu dotyczącego roli EBC woli trzymać się z daleka. Poza tym same Niemcy nie są też bez skazy. Budżet na 2012 r. w nawet najmniejszym stopniu nie odzwierciedla polityki zaciskania pasa głoszonej przez Merkel.

W środę po raz pierwszy na rynkach dały o sobie znać wątpliwości co do zdolności kredytowej Republiki Federalnej – inwestorzy wstrzymali się z kupnem niemieckich obligacji, które jak dotąd cieszyły się niezmiennie dużym zainteresowaniem.

Obecnie wiele wskazuje na to, że kryzys zadłużenia jeszcze się pogłębi. Jeśli koniec końców w tarapaty wpadnie cała strefa euro, a Merkel w dalszym ciągu będzie blokować wszelkie próby jej ratunku, już niedługo posypią się oskarżenia, że wszystkiemu winne są Niemcy. I cóż, te twierdzenia nie będą pozbawione racji.