Nad północną Mitrowicą powiewa ogromna rosyjska flaga. Z plakatów na murach spoglądają słowiańscy sprzymierzeńcy: były serbski premier Kosztunica, Putin i Miedwiediew, ale także Janukowycz i Łukaszenka. „Bracia zawsze razem”, głosi hasło. Większą część miasta, na południe od rzeki Ibar, zamieszkują, jak resztę Kosowa, Albańczycy, ale do północnej Mitrovicy tutejsza władza nie sięga.

Próba ustanowienia kosowskich posterunków granicznych na przebiegającej na północ od miasta granicy z Serbią zakończyła się zamieszkami i tymczasowym przejęciem tychże posterunków przez EULEX, stacjonującą tu misję Unii Europejskiej. Po cichu mówi się, że serbskimi demonstrantami blokującymi teraz te przejęte placówki powodowało nie tylko patriotyczne oburzenie, ale i obawa o dochody z przemytu.

W poniedziałek 21 listopada wznowione zostały serbsko-kosowskie rozmowy o granicy i o wzajemnych relacjach, które zgodnie z oczekiwaniami nie przyniosły rezultatów. Wygląda jednak na to, że mitrowiccy Serbowie nie ufają już byłej metropolii. Boją się, że Bruksela zażąda od Belgradu, by uznał niepodległość Kosowa, bo inaczej rozmowy o przystąpieniu Serbii do Unii utkną w martwym punkcie.

I serbski rząd na to przystanie. To dlatego aż tylu z zamieszkujących Kosowo Serbów wystąpiło do Moskwy o przyznanie obywatelstwa, pozostali też podobno chcą zrobić to samo. I wtedy Rosja nas obroni przed Albańczykami, mówią serbscy mieszkańcy Mitrowicy.

Cały artykuł można przeczytać na stronieGazety Wyborczej