Na pierwszy rzut oka nie istnieje związek między sytym kontynentem wraz z jego przywódcami, którzy nie umieją ruszyć do przodu po półwieczu pełnym osiągnięć, a uzbrojonym neofaszystą i rasistą. Ale jeśli spojrzycie uważniej, zobaczycie, jak najgorsze toksyny z naszej historii wracają na powierzchnię, podniesione z dna naszych jaźni przez recesyjną smutę.

Premier David Cameron, powróciwszy do Londynu po dokonaniu rozwodu z Europą, spotkał się, owszem, z krytyką analityków z City, których jakoby bronił. Ale już konserwatywni posłowie do Izby Gmin sławili go pod niebiosa, przywołując owego „ducha buldoga”, tak drogiego sercu Churchilla.

Wielki powrót narodowych stereotypów

Przez kilka miesięcy debatowania nad losem euro byliśmy świadkami powrotu najbardziej paskudnych klisz rodem z albumu złych wspomnień, które mieliśmy nadzieję pogrzebać na zawsze. W Atenach zażądano od Niemców „reparacji wojennych” w rozliczeniu greckiego długu. Niemieckie gazety z Bildem na czele opisują Greków jako bandę cwaniaków, a nas, Włochów, jako utracjuszy.

W reakcji na krytykę ze strony niemieckich ekonomistów skierowaną pod naszym adresem na włoskich forach internetowych pojawiają się anonimowe wpisy „Niemcy = SS”. Wyjście Camerona komentowano aluzjami do „perfidnego Albionu” i „narodu jedzącego pięć posiłków dziennie” (z przemówień Mussoliniego). W czasie kryzysu daje o sobie znać – np. wczoraj we Florencji – nasze, głęboko zakodowane w DNA, nienawiść, zawiść, rasizm, pogarda dla innych, nietolerancja.

W 2003 r. w przededniu wojny w Iraku USA i Europa, czyli sojusznicy, którzy 15 lat wcześniej wygrali bez jednego wystrzału zimną wojnę, rozeszły się w atmosferze nieoczekiwanej złości, nie szczędząc sobie wyzwisk. Pamiętacie? Amerykanie są z Marsa, Europejczycy z Wenus, bzdury, które zatruły atmosferę i wykopały do dziś niezasypany rów.

Na wiosnę 2003 r. Kongres zaprosił czterech świadków z Europy na przesłuchanie, które miało poprawić relacje Waszyngtonu z Brukselą. Wraz ze mną wystąpił Radek Sikorski. Próbowaliśmy tłumaczyć, że w trudnym klimacie gospodarczym z tamtych lat niebezpiecznie było igrać z ogniem populizmu i nacjonalizmu.

Dreszcz historii

Dziś zaś poważni analitycy europejscy Gideon Rachman, Martin Wolf oraz amerykański noblista Paul Krugman twierdzą, że narastająca w Internecie nienawiść w kontekście recesji, a ta wzięła się z zaniechań kanclerz Merkel i prezydenta Sarkozy’ego, staje się inkubatorem tragicznej fazy przypominającej lata 30. minionego wieku – totalitaryzm faszystowski we Włoszech, Hiszpanii i Niemczech, stalinizm w Moskwie. Oto co mówi Krugman:

„Recesja tworzy ogromne pokłady gniewu skierowanego przeciw polityce, która wielu Europejczykom wydaje się zbyt surową karą nałożoną przez Niemców. Ktoś, kto zna dzieje Europy, musi dostać dreszczy w obliczu powracającej wrogości”. Laureat Nagrody Nobla pisał te słowa przed zamachem we Florencji, ale wspominał o neonazistach zbliżonych do Partii Wolności w Austrii, o ksenofobii Prawdziwych Finów, o antysemickiej i antycygańskiej organizacji Jobbik na Węgrzech oraz ciągotkach autorytarnych rządu Orbana. My zaś moglibyśmy dodać neofaszystów w Anglii i Francji oraz rodzimych rasistów, a także krew przelaną w jakże cywilizowanej stolicy kultury – Florencji.

Czy Krugman przesadza? Mam taką nadzieję. W przeciwieństwie do kolegów anglosaskich nie wierzę w powtórkę lat 30., w powrót czarnych koszul na ulice. Historia nie toczy się w taki czysto mechaniczny sposób. Zło dysponuje fantazją i zdolnością do przeobrażeń. Sądzę jednak, że w czekającym nas okresie gospodarczych tarapatów coraz częstsze będzie wyżywanie się na najsłabszych, odwoływanie do ukrytych tożsamości, oskarżanie Europejczyków przez Londyn albo Anglików w Europie, obwinianie „ich” w obronie „nas”.

Liderzy polityczni starający się wykorzystać tę epidemię, by złapać o jeden głos więcej, albo dziennikarze podsycający nienawiść i populizm w pogoni za jeszcze jednym sprzedanym egzemplarzem albo kliknięciem, są jak czarownice mieszające w kotle zatruty napój. Do obrony dobrobytu, rozwoju, dialogu i tolerancji nie powinna nas pchać obawa przed powrotem autorytarnej przeszłości. Powinien nami powodować strach przed przyszłymi demonami, jakie budzi nietolerancja. Nie chodzą one ubrane w czarne koszule, ale przy okazji masakry uczniów w Oslo i zabójstwa Senegalczyków we Florencji widzieliśmy już ich ohydne oblicze.