Gdy Europejski Trybunał Praw Człowieka zakazuje wieszania krzyży we włoskich szkołach, można świętować liberalny marsz sekularyzmu lub potępiać nieliberalny atak na wolność wyznania i na narodową tradycję. Może jednak istnieje trzecia droga, a mianowicie stwierdzenie, że nie ma to nic wspólnego z prawami, ale że wiąże się z maniakalnym dążeniem Unii Europejskiej do normowania zachowań i postaw, w taki sam sposób, w jaki standaryzuje ona transport żywca czy wymogi bezpieczeństwa dla nowych kosiarek. Krzyż to nie sprawa dla UE, a my, świętując rocznicę upadku berlińskiego muru, powinniśmy przypomnieć sobie, że ostatnimi Europejczykami, którzy zakazywali wieszania symboli religijnych, byli przywódcy komunistycznych reżimów.

Sceptyczna miłość do Europy

Dwadzieścia lat później europejska instytucja ochoczo narzuca sekularyzm, twierdząc, że dzieciak jakiejś urodzonej w Finlandii intrygantki-ateistki z północnych Włoch mógł być chwilowo rozkojarzony i nie móc się skupić nad nauką. Coś takiego wystarczy, by stać się eurosceptykiem. Po raz kolejny właśnie eurosceptycyzm wydaje mi się jedyną odpowiedzialną reakcją inteligentnego demokraty w obliczu ratyfikowanego już traktatu lizbońskiego. To nie jest instynktowny odruch, lecz swoiste wyczulenie, które każe oceniać każdy nowy urząd, każdy nowy szemrany komitet lub nieprzejrzystą dyrektywę i pytać: „Czy społeczeństwo tego potrzebuje?”. Sceptyk wychodzi z założenia, że europejskie instytucje są w równym stopniu zdolne do marnotrawstwa i błędu, co instytucje narodowe oraz że oddalenie tych pierwszych od codziennego życia oznacza, iż z popełnienia takiego błędu długo nikt nie będzie sobie zdawał sprawy.

Jednak trzeba powiedzieć i to, że świętowanie rocznicy upadku muru w Berlinie to zbyt ważne wydarzenie, by przy jego okazji mianować prezydenta Europy, którego koronacja ma się dokonać bez udziału Europejczyków, i robić to właśnie w takiej chwili, gdy cały Stary Kontynent wspomina najważniejszą, najbardziej pokojową rewolucję w historii. Demonstracje, które zaczęły się w Lipsku, by potem rozprzestrzenić się na Drezno, Karl-Marx-Stadt, Poczdam, Halle i wreszcie Berlin, sprowadzały się do zamanifestowania istnienia ludu, jego potrzeby bycia zauważonym, szanowanym i pytanym o zdanie. „Jesteśmy narodem”, wołano tamtej jesieni. Każdy, kto tam był, pamięta niesamowity wyraz twarzy u Niemców ze wschodu, gdy pierwszy raz w życiu przekraczali słynny punkt kontrolny Checkpoint Charlie. Przez cały weekend dało się wyczuć w powietrzu atmosferę, która sprawiała, że wszystko wydawało się możliwe. Właśnie na tamto przekonanie kładą się dziś cieniem, choć może nie zdajemy sobie z tego sprawy, zakulisowe targi, które mają wyłonić niepochodzącego z wyborów prezydenta.

Dobra okazja, by zadać kilka pytań

Wydarzenia minionych dwudziestu lat musiały prędzej czy później rozminąć się z obietnicą tamtych dni, ale warto zauważyć, że straciliśmy szansę zbudowania Europy, której instytucje miałyby legitymację w czymś więcej niż tylko w materialnym zadowoleniu i wzroście gospodarczym. Zgodnie z najczystszą formą eurosceptycyzmu, nie wystarczy nam stworzenie ogromnej unii konsumentów przy jednoczesnym, cichym usunięciu symboli życia duchowego ze szkół. Prawdziwy eurosceptyk zasugerowałby, że dobrym pomysłem jest najpierw przyjrzeć się wartościom, które są motorem Unii Europejskiej, a potem skupić na tym, co budujemy i zastanowić nad sposobami zwiększenia przejrzystości i wrażliwości powoływanych instytucji. Rocznica jest dobrą okazją, by zapytać, czy faktycznie wiemy, co się dzieje w Europie.

Ilu z nas, na przykład, słyszało o powołanym na mocy traktatu lizbońskiego komitecie stałym, który opracuje pierwszą w UE skoordynowaną politykę bezpieczeństwa? Kto wie o planach inwigilacji na masową skalę, o wykorzystaniu systemu znanego jako ADABTS (skrót od angielskich słów oznaczających automatyczne wykrywanie nienormalnych zachowań i zagrożeń w zaludnionych miejscach), o wymianie informacji między bazami danych DNA? A co z planami UE, by śledzić każdy pojazd? Czyż nie będą w ten sposób permanentnie monitorowane ruchy obywateli? Ciekawe, jak taki system sprawdziłby się w autobusach Berlina Wschodniego. W 1990 roku Václav Havel powiedział: „Wszyscy jesteśmy – choć, rzecz jasna, nie zawsze w równym stopniu – odpowiedzialni za działanie totalitarnej machiny. Żaden z nas nie jest jedynie jej ofiarą. Również współtworzymy. Postawmy sprawę jasno: najlepszy rząd na świecie, najlepszy parlament i najlepszy prezydent niewiele sami zdziałają. Wolność i demokracja wymagają uczestnictwa, a zatem i odpowiedzialności, od nas wszystkich”. Oto słowa oświeconego sceptyka. Warto go posłuchać przy okazji tej rocznicy.