Sto tysięcy ludzi demonstrowało tamtego wieczoru wokół budynku opery, wśród najbardziej eleganckich kamienic i ulic Budapesztu, przeciwko nowej konstytucji zarządzonej przez Orbána i przyjętej głosami centroprawicy.

Było ich o wiele więcej niż zwykle, sporo jak na społeczeństwo otumanione kryzysem gospodarczym, ale wszyscy wyglądali trochę jak nikomu już niepotrzebni chłopcy z placu Broni, walczący o straconą sprawę. Wewnątrz opery władza z pełną pompą i paradą świętowała budowę nowego państwa, już odrzuconego przez wspólnotę międzynarodową.

Pakiet przewiduje podporządkowanie banku centralnego władzy (dziwaczny pomysł w okresie turbulencji finansowych), obok Trybunału Konstytucyjnego i mediów (na mocy medialnej ustawy-knebla straciło już pracę wielu nieprawomyślnych dziennikarzy). Kierownictwo obecnej partii socjalistycznej może trafić pod sąd z zarzutami „zbrodni komunistycznej” dokonanej przed 1989 r.

A do tego zawiera wiele innych spraw – od kwestii Węgrów zamieszkałych za granicą do małżeństwa jako związku dwupłciowego. Konstytucja czyni z Węgier kraj jeszcze bardziej autorytarny, antynowoczesny, co budzi niepokój UE i Ameryki Baracka Obamy. A także Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który zamroził negocjacje w sprawie maksipożyczki dla wsparcia ledwo dychającego forinta.

Mieszczański świat pogrzebany pod gruzami I wojny

Orbán był niegdyś liberałem, ale szybko zaraził się populizmem. Wraz ze skrajnymi prawicowcami z Jobbiku ożywił ducha reakcyjnego, który zdumiał Zachód. Kto czytał powieści Sandora Maraia (1900–1989) albo Gyuli Krudyego (1878–1933) z trudem rozpozna w obecnych realiach przywołaną w ich powieściach atmosferę. To tam właśnie znajdziemy klucz, by zrozumieć te faszystowskie bulgoty nowych Węgier.

Marai, tak jak wielu innych pisarzy urodzonych w „krótkim stuleciu”, opowiadał o wspaniałym, mieszczańskim świecie c. i k. Budapesztu (jego arcydzieło nieprzypadkowo nosi tytuł „Wyznania patrycjusza”). Intelektualne wyrafinowanie, tolerancja, dobre maniery, patriotyczne uczucia równoważone przez naturalny i błyskotliwy kosmopolityzm. Nie mogło być inaczej dla kogoś, kto urodził się w domu wypchanym książkami i w którego rodzinie rozmawiało się biegle w trzech-czterech językach.

Mieszczaństwo było motorem nowoczesnej Europy. Wszędzie, także na Węgrzech. Ale był pewien problem. Nad Dunajem, po wielu wiekach wojen i obcych zaborów mieszczaństwo narodziło się późno i pomimo splendoru belle epoqe było bardzo kruche.

Kiedy Marai pisał swoje książki, ten mieszczański świat już nie istniał, pogrzebany pod gruzami I wojny. Sparaliżowany strachem przez krótką, krwawą rewolucję bolszewicką, potem uśpiony przez faszyzm Horthyego (1920–1944), który uwielbiał jednak symbole, hasła, pióropusze wzięte z feudalnego, nacjonalistycznego sztafażu. W trakcie 40 lat demokracji ludowej po 1948 r. oczywiście eutanazja mieszczaństwa trwała w najlepsze.

Pokusa uczepienia się idei Wielkich Węgier

Gospodarka rynkowa wprowadzona z dnia na dzień w 1989 r. przywróciła tlen klasie średniej. Ale to za mało. Niestabilny forint szybko zgasił marzenia o dobrobycie, odrodzeniu i majątku na zachodnią modłę, pozostawiając wolną drogę lękom i dumie, w których Węgry pławiły się przez stulecia, zaklinowane między Wschodem a Zachodem.

Wartości demokracji, pluralizmu, dialogu, różnorodności wydają się zbędne w codziennym życiu, które jest ciągłą walką o pieniądze na zakupy i rachunki. Wraca pokusa zamknięcia się w sobie, uczepienia się idei Wielkich Węgier, ze szczyptą ślepego kompleksu ofiary dziejów – od wojen z Turczynem, przez inwazję sowiecką aż po traktat z Trianon spisany pod dyktando Francji, który pod koniec I wojny odciął dwie trzecie kraju.

W trudnych chwilach, z powodu dawnej chorobliwej skłonności, Węgry zamiast poczuć się częścią kontynentu zaznaczają swoją dumną, samobójczą pychę, czemu sprzyja ten azjatycki język, którego nikt w Europie nie rozumie. Kiedy Orbán rzucił wspólnocie międzynarodowej wyzwanie swoją nową konstytucją – „nikt nie ma prawa wtrącać się do tego, co robimy” – również przemawiał w tym duchu.

Reformy, nowoczesność, rynek mogą zaczekać. Lepiej oddać się w pacht mglistym mitom czystości, świętości ziemi (którą mogą skądinąd kupić za nędzne parę forintów cudzoziemscy przedstawiciele globalizacji), silnych ludzi u steru. Kolejny raz klasa średnia została zaduszona wspólnymi siłami państwa i inflacji. Znów powraca pokusa, by przeciwników politycznych nie pokonywać w walce, ale unicestwiać, kneblować, wytaczać im procesy. Aby nam węgierscy kuzyni nie odpadli z europejskiej rodziny, trzeba zrozumieć, dlaczego zachorowali.