W Słowacji nie trzeba mieć wielkiego doświadczenia, by zostać naczelnym gazety. Matúš Kostolný, szef opiniotwórczego dziennika SME, ma zaledwie 34 lata, a Juraj Porubsky z konkurencyjnego dziennika Pravda, nawet o trzy lata mniej. To nie żaden przypadek: „Nikt nie chce tej roboty”, twierdzi z uśmiechem Porubsky.

Wydawanie dziennika w Słowacji to nie zabawa. Prasa, jak wszędzie, staje wobec problemu spadku czytelnictwa, lecz przede wszystkim musi się zmagać z niechętnymi jej władzami. Odkąd ster rządów objęła socjalistyczno-populistyczno-nacjonalistyczna koalicja, dla mediów nastały ciężkie czasy.

Słowacki premier Robert Fico nie ukrywa, że uważa gazety za swego głównego wroga. Jego ulubionym zajęciem, jak pisze Matúš Kostolný, jest obrzucanie dziennikarzy obelgami. Zazwyczaj nazywa ich idiotami, ale zdarzyło mu się już użyć określeń „prostytutka” i „padalec”.

A wszystko to z powodu krytycznych informacji na temat rządu ukazujących się w trzech najważniejszych dziennikach (SME, Pravda i Hospodárske Noviny). Zdaniem Gabriela Siposa ze Slovak Press Watch ujawniły one trzy czwarte znanych opinii publicznej afer.

Skandal na tacy

Nie muszą się zresztą tak znowu bardzo trudzić. Menażeria populistów, nacjonalistów i półprzestępców, która, według Siposa, rządzi w Bratysławie, robi wszystko, by ułatwić prasie zadanie. Najwięcej roboty mają dziennikarze z koalicyjnymi partnerami socjaldemokratycznej partii (SMER) premiera Fico.

Słowacka Partia Narodowa Jana Sloty, atakująca Węgrów, Cyganów i homoseksualistów oraz Partia Ludowa-Ruch na rzecz Demokratycznej Słowacji byłego premiera Vladimíra Mečiara, którego autorytarne rządy w latach 90. zepsuły krajowi reputację, nie wsławiły się szczególnym poszanowaniem reguł demokratycznej gry.

Obietnice wyborcze Fico dotyczące walki z szeroko rozpowszechnioną korupcją nie przyniosły jak na razie większych efektów. Co jakiś czas gazety odnoszą sukces. I tak ostatnio doprowadziły do dymisji nacjonalistycznego ministra infrastruktury i rozwoju regionalnego oskarżanego o machlojki z funduszami europejskimi.

Płacą jednak za to niezwykle wysoką cenę. Fico, który jako premier może liczyć na poparcie państwowej telewizji, rewanżuje się im za niepochlebne artykuły ignorowaniem pytań dziennikarzy trzech najważniejszych dzienników podczas konferencji prasowych.

Innym sposobem na zakładanie kagańca prasie są procesy o oszczerstwa. W czerwcu tego roku wicepremier Štefan Harabin, członek partii Mečiara, zażądał od trzech gazet, w tym SME i Pravdy, 600 000 euro odszkodowania za to, że oskarżyły go o związki z albańskim handlarzem narkotyków. Sam Fico też wniósł kilka spraw do sądu, domagając się zadośćuczynienia.

Martwy kodeks

Ale największym zagrożeniem dla słowackiej prasy jest przyjęty w zeszłym roku przez parlament „kodeks prasowy”. Daje on każdemu, kto czuje się znieważony jakimś artykułem, prawo do opublikowania odpowiedzi w tym samym miejscu gazety, w którym ów artykuł się ukazał, bez względu na to, czy opisane w nim fakty są prawdziwe, czy nie. Za nieopublikowanie takiego sprostowania grozi kara grzywny w wysokości od 1660 do 4980 euro.

Kodeks prasowy jak dotąd nie przyniósł spodziewanych efektów. Nie licząc kilku wyjątków, zarówno SME jak i Pravda odmawiały zamieszczenia odpowiedzi. Decyzja w sprawie ewentualnej zapłaty grzywny należy do sędziów. A ci jak na razie się nie spieszą z ogłoszeniem wyroku. Sipos jednak uważa, że nie musi to być dobry znak: „Słowackie sądy nie działają jak należy”.

Premierowi nie podoba się, że żadna gazeta nie zapłaciła jeszcze grzywny. Po zamieszczonym we wrześniu w jednym z tabloidów artykule ujawniającym to, iż czesne za szkołę jego syna wynosi miesięcznie 600 euro, zagroził, że zaostrzy prawo.

Nie wróży to dobrze wolności prasy. W opublikowanym ostatnio dorocznym raporcie Reporterów Bez Granic Słowacja spadła z 7. na 44. miejsce, co jest największym spadkiem w klasyfikacji. Można sobie zadać pytanie, czy Fico, który zdecydowanie prowadzi w sondażach, w jakimś stopniu się tym przejmie. Juraj Porubsky, naczelny Pravdy, już teraz może powiedzieć, że nie: „Czytelnicy gazet i tak na niego nie głosują”.