Ten tydzień zaczął się od euforii. Ale ta trwała bardzo krótko. Pod koniec czekał nas zimny prysznic. W pewnym sensie piątkowe wiadomości nie mogły zaskoczyć nikogo. Obniżenie ratingu Paryża było szokiem przepowiedzianym, podobnie zresztą jak załamanie się rozmów w sprawie umorzenia części długu, jakie prowadzili grecki rząd i prywatni inwestorzy.

Propozycja, która od początku nie miała szans na realizację, została odrzucona. Nie udawajmy więc zaskoczenia.

A jednak oba te wydarzenia są istotne. Dlaczego? Bo pokazują, jaki mechanizm napędza tegoroczne wydarzenia. Strefa euro wpadła w spiralę obniżonych ratingów, które pociągają za sobą słabsze wyniki gospodarcze i rosnące długi.

Efekt? Ratingi wciąż spadają. To dopiero początek recesji. Grecja prawdopodobnie będzie musiała ogłosić, że nie spłaci większości długów. Kto wie, może nawet będzie zmuszona do opuszczenia strefy euro.

Jeśli tak się stanie, oczy całego Starego Kontynentu zwrócą się ku Portugalii. To tam zacznie się kolejna runda tej ratingowej zarazy.

Przewidywanie kształtu nowej geografii

Europejski Instrument Stabilności Finansowej, unijny fundusz ratunkowy, też jest w opałach, bo opierał się na ratingach państw, które go stworzyły. Taka, a nie inna, jego konstrukcja sprawia, że w rezultacie jego zdolność do pożyczania pieniędzy będzie ograniczona. Choć obniżenie oceny Paryża nie było zaskoczeniem, państwa strefy euro nie przygotowały sobie żadnego planu B.

Być może zdecydują, że EISF powinien działać równolegle do innego, działającego już na stałe, mechanizmu, który dysponowałby własnym kapitałem. Tyle że to oznacza wydatki budżetowe w mocno niesprzyjającym czasie.

Agencja Standard & Poor's obniżyła oceny Francji i Austrii, oszczędzając Niemcy i Holandię. To pozwala przewidzieć kształt nowej geografii, która wyłoniłaby się po ewentualnym rozpadzie eurolandu. Gdyby państwa, które dotąd cieszyły się maksymalną oceną, wszystkie, jak jeden mąż, ją utraciły, w sensie politycznym byłaby to łatwiejsza sytuacja od tej, z którą borykamy się dziś. Oto bowiem okazuje się, że Niemcy to dziś jedyny duży kraj, który może pochwalić się ratingiem AAA. Niełatwo więc będzie teraz Berlinowi zaakceptować euroobligacje.

Klin ratingowy, jaki z dnia na dzień pojawił się między Paryżem a Berlinem, sprawi natomiast, że relacja między tymi dwiema stolicami stanie się jeszcze mniej stabilna.

Reakcja na piątkowy wyrok przypomina nam również, że kryzys oraz jego rozwiązywanie mają obecnie miejsce w dwóch równoległych do siebie światach. Doskonałym przykładem tego jest wypowiedź Angeli Merkel, która orzekła, że Unia Europejska powinna jak najszybciej stworzyć traktat fiskalny. Nieważne, co się dzieje – odpowiedzią jest zawsze większa dyscyplina fiskalna.

Tyle że ta odpowiedź nie bierze pod uwagę gigantycznej roli, jaką w niestabilności strefy euro odgrywa sektor prywatny.

Ewentualny traktat fiskalny jest na szczycie unijnej listy priorytetów. Rzecz w tym, że tak naprawdę nie ma on większego znaczenia. Co najwyżej wytyczy kierunek na zaciskanie pasa w stylu greckim.

Spodziewam się też, że Bruksela zechce utrzeć nosa agencjom ratingowym i docisnąć im nieco śruby. Nieważne, czy słusznie, czy nie. To również jest temat zastępczy.

Spirala, jak działała, tak działa

Jakiś czas temu przekonywałem, że grudniowy szczyt Unii był ostatnią szansą na to, by system mógł ruszyć ponownie. Można sobie było wtedy wyobrazić wielki deal, na który składałyby się: euroobligacje, koordynacja budżetowa, ściślejsze regulacje występujących w strefie euro nierówności, a także poważne ograniczenia w wydatkach poszczególnych państw.

Angela Merkel i jej akolici z Brukseli byli zadowoleni z rezultatu grudniowego spotkania dlatego, że jego ustalenia nie zawierały żadnego z powyższych punktów z wyjątkiem tego, który nakazywał zbalansowanie budżetu.

Teraz pani kanclerz dostała to, czego chciała, a spirala, jak działała, tak działa. Im dłużej to trwa, tym większe są koszty jej powstrzymania, zarówno w sensie politycznym, jak i gospodarczym. Już teraz zostawiliśmy za sobą punkt, w którym obywatele poszczególnych państw oraz sami politycy byli skłonni do wyciągnięcia pieniędzy na naprawę systemu.

W zeszłym tygodniu kilku parlamentarzystów z niemieckiej CDU, którzy dotychczas, jak się wydawało, byli bardzo umiarkowani, zaczęło przekonywać, że nic wielkiego się nie stanie, jeśli Ateny opuszczą strefę euro.

Oczekiwania zmieniają się jak w kalejdoskopie, a wśród nich jest już i to, że przyszedł czas na brutalne rozwiązanie.

A może remedium okaże się zwiększenie płynności Europejskiego Banku Centralnego? Niestety nie.

Nie chcę wcale lekceważyć tej decyzji. EBC ma swoje zasługi w walce z kryzysem. Nieograniczony właściwie napływ pieniądza długoterminowego może, kto wie, odnieść taki skutek, że banki nieco chętniej będą się teraz włączały w rządowe aukcje długów.

Jeżeli nam się poszczęści, może uda nam się przetrwać okres intensywnego tonięcia w długach, który czeka nas tej wiosny.

Ale strumyczek większej płynności nie pomoże wiele, skoro wciąż brakuje nam poważnej, makroekonomicznej poprawki.

Nawet reformy gospodarcze, niezbędne z innych powodów, nie rozwiążą problemu, mimo że Europa łudzi się, iż jest inaczej. Znajdujemy się teraz w punkcie, w którym skuteczne przeciwdziałanie kryzysowi musi wiązać się z centralnym ośrodkiem zarządzającym polityką fiskalną. Taki ośrodek musiałby być wyposażony w zdolność opodatkowywania oraz rozdzielania zasobów w całej strefie euro. Nie ma na to najmniejszych szans.

To najważniejszy wniosek, jaki płynie z piątkowych wydarzeń. Minęliśmy już punkt, w którym uratowałaby nas techniczna poprawka. Skrzynka z narzędziami jest pusta.