Podjęcie wiarygodnych reform przez Grecję jest coraz bardziej nieprawdopodobne. Wczoraj, 6 lutego, powtórzył się ten sam stały punkt programu, który obserwujemy od dwóch lat, zawsze wtedy, gdy tylko kasa w Atenach zaczyna świecić pustkami i za chwilę może się ukazać jej dno (co według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinno nastąpić w marcu), a Unia Europejska musi ponownie podłączyć ją do finansowej kroplówki.

Grecy igrają z ogniem i wszyscy o tym wiedzą. Ale nie wydaje się, żeby ktoś się tym przejmował, a oni sami to już chyba najmniej. Rząd Lukasa Papademosa – technokraty, który miał zapewnić sobie poparcie wszystkich partii w celu podjęcia subtelnych środków, których nie ośmielił się przedsięwziąć Jeorios Papandreu – okazał się równie nieruchawy, jak poprzedni gabinet.

6 lutego „trójka”, w której skład wchodzą MFW, Europejski Bank Centralny i Komisja Europejska, musiała postraszyć grecki rząd groźbą wydania na męki piekielne, aby ten zgodził się zwolnić jeszcze w tym roku 15 tysięcy urzędników w celu obniżenia deficytu. W Grecji jest 700 tysięcy urzędników (na ogółem jedenaście milionów mieszkańców), ale obiecano zredukować ich liczbę do 150 tysięcy w 2015 r. Tyle że robi się to w żółwim tempie – w 2011 r. Grecy obiecali pozbyć się 32 tysięcy urzędników, aby ostatecznie odprawić tylko 2 tysiące.

I tak to się żyje w tym kraju. „Trójka” prosi rząd o obniżenie płacy minimalnej (która jest obecnie wyższa niż w Hiszpanii) i pensji w ogóle, jak również o likwidację premii, obniżenie emerytur i dokonanie cięć w wydatkach publicznych – a tamtejsza klasa polityczna udaje głuchego. Grecy wiedzieli, że Europa pomyliła się co do nich i wykorzystują ten błąd.

Pewni siebie i nieufni

Niemcy broniły trzech zasad, które uważały za święte: „no bail out” (żadnego programu ratunkowego), „no default” (żadnego odroczenia długu) i „no exit” (bez wyjścia ze strefy euro). Pierwsza z tych reguł została poważnie wystawiona na próbę już w 2010 r. od czasu przyjęcia planów podźwignięcia Grecji, Irlandii oraz Portugalii. Dzisiaj Grecy odgrywają głupiego w odniesieniu do drugiej zasady: wczoraj [6 lutego] ministrowi finansów przekazano raport szczegółowo opisujący wszelkie uwarunkowania ewentualnej niewypłacalności. A wyjście Grecji ze strefy euro było już nieraz podnoszone w trakcie negocjacji prowadzonych w ostatnich dniach.

Hiszpański rząd jest w pełni świadom tego wszystkiego. Madrytowi wcale się to nie podoba, że bierze się pod uwagę otwarcie drzwi wyjściowych pozwalających opuścić klub wspólnej waluty, bo po Grecji przyszłaby kolej na Portugalię – i nie sposób powiedzieć, gdzie by to się mogło zatrzymać. Ale Hiszpanie chcieliby również, żeby grecka klasa polityczna brała bardziej na serio to, co się teraz dzieje. „Zawsze wiedzieliśmy, jacy są Grecy. Problem ma nie tylko charakter ekonomiczny, ale również polityczny”, stwierdza wysoko postawiony hiszpański urzędnik.

W gruncie rzeczy wyjście ze strefy euro jest mniej konkretną groźbą niż niemiecka propozycja powołania prokonsula [„komisarza do nadzorowania budżetu”] albo francuski pomysł stworzenia specjalnego zablokowanego konta, na którym byłyby zdeponowane sumy potrzebne na spłatę odsetek zadłużenia. Grecy nigdy nie mieli za grosz poczucia niższości wobec innych Europejczyków. A nawet pozostawali zawsze nieufni wobec idei zjednoczonej Europy, chyba że oznaczała ona finansowanie ich stylu życia przez Brukselę. I wszystko to zawsze wiedzieliśmy, praktycznie już od chwili wejścia Grecji do Unii.