Węgry: Viktor Orbán w obrazkach

Fragment obrazu „Szarża kawalerii" Jánoisa Körényiego.
Fragment obrazu „Szarża kawalerii" Jánoisa Körényiego.
7 lutego 2012 – SME (Bratysława)

Afirmacja węgierskich wartości narodowych jest osią projektu politycznego premiera. Ambicję tę ukazuje piętnaście obrazów specjalnie zamówionych na prezentowaną od początku roku wystawę w Zamku Buda.

W węgierskiej Galerii Narodowej, mieszczącej się w okazałym Zamku Buda, zwiedzić można dwie pouczające wystawy. Na pierwszej, zatytułowanej „Bohaterowie, królowie i święci”, zgromadzone są najbardziej znane dzieła węgierskiego malarstwa romantycznego końca XIX wieku.

Druga [nosząca tytuł „Współcześni malarze o historii Węgier”] jest zaproszeniem do podróży przez ostatnie ponad sto lat. Ale stanowi organiczną kontynuację pierwszej ekspozycji. Piętnaście obrazów, zamówionych przez związanego blisko z premierem komisarza, to coś w rodzaju ilustrowanego przewodnika po nowej węgierskiej Konstytucji i jednocześnie prezentacja węgierskiego malarstwa romantycznego początku XXI wieku.

Ale obie wystawy łączy jeszcze coś. Pokazują one, jak rząd Viktora Orbána wyobraża sobie autentyczną sztukę i jak stara się narzucić rodakom tę wizję jako nowy oficjalny kanon estetyczny.

Smok i policjant

Jeśli nawet znaleźć można wśród tych płócien wartościowe dzieła, nie ma wątpliwości, że nie talent decydował o ich wyborze. Najważniejsze jest to, by Imre Kerényiego, komisarza wystawy, oraz wywołanego do tablicy artystę cechowała wspólnota poglądów. Kerényi, który przed 1989 r. znany był jako reżyser wielkich komunistycznych ceremonii, szczycił się tym, że potrafi kierować artystami w trakcie procesu tworzenia i podpowiadać im pewne zmiany i uzupełnienia.

Obrazy przedstawiają kluczowe momenty historii Węgier. Najważniejszym eksponatem jest płótno ukazujące świętego Stefana, założyciela państwa węgierskiego, wskazującego na nową Konstytucję mieczem symbolizującym determinację, „ponieważ ludzie niezdecydowani i lękliwi nie byliby w stanie jej przyjąć”, tłumaczy malarz. Podobno Orbán nie figuruje wśród [przedstawionych na obrazie] bohaterów narodowej historii tylko dlatego, że nie zgodziła się na to jego żona.

Pośrodku innego płótna widzimy hrabiego Alberta Apponyi – uosobienie męczeńskiego narodu – który stał na czele węgierskiej delegacji podczas negocjacji pokojowych zakończonych podpisaniem traktatu z Trianon [4 czerwca 1920 r. w Wersalu]. Zagraniczni politycy, którzy dokonali podziału Węgier, przedstawieni są na obrazie wielce symbolicznie jako kaci. Całość dopełniają oznaki masońskie, żeby każdy, nawet najbardziej ograniczony ze zwiedzających, dobrze zrozumiał, o co chodzi.

Regent Horthy [rządzący krajem w latach 1920–1944], uosobienie czasu międzywojennego, przedstawiony jest na koniu, który nie może swobodnie cwałować przed siebie, ponieważ trzymają go za uzdę wyłaniające się z mroku tajemnicze ręce. To dojmujące nawiązanie do kłopotów rządu Orbána, któremu przeszkadzają w wypełnianiu misji, czyli czynieniu dobra, mroczne siły z zagranicy i wewnętrzni zdrajcy.

Ale dziełem, które wywołało największe oburzenie, a jednocześnie uśmiech na twarzy, jest obraz przedstawiający zamieszki z 2006 r. [demonstracja przeciwko Ferencowi Gyurcsány’emu, zorganizowana w pięćdziesiątą rocznicę powstania z 1956 r., została brutalnie stłumiona]. Wychodząc od motywu świętego Jerzego przebijającego kopią smoka, artysta namalował ubranego na czarno, jadącego konno policjanta, który zadaje ciosy leżącej kobiecie w bieli. Zdaniem twórcy księżniczka symbolizuje węgierski naród sponiewierany przez zagraniczne „demoniczne” siły.

Kultura państwowa coraz bardziej się ośmiesza

Obraz ten jest niewątpliwie najpełniejszą ilustracją obowiązującego od niedawna kanonu artystycznego, który jest zaledwie instrumentem służącym do narzucenia jedynie słusznej oficjalnej interpretacji historii i bieżących wydarzeń politycznych. A dokładniej, chodzi o napisanie na nowo historii i współczesności i zastąpienie ich politycznie motywowaną mitologią.

Wystawy prezentowane na Zamku Buda są tylko najbardziej jaskrawym przejawem tego zjawiska. Są one próbą narzucenia, przy użyciu wszelkich możliwych środków, nowej – autentycznej – węgierskiej kultury i mitologii narodowej. Konstytucja, która weszła w życie na początku roku, wyniosła Węgierską Akademię Sztuki do rangi zastrzeżonej dotąd dla Węgierskiej Akademii Nauk. A przecież, mimo napuszonej nazwy, było to dotąd prywatne stowarzyszenie nacjonalistycznych, wiernych Orbánowi twórców.

Inny przykład: cały program telewizyjny poświęcony jest wkładowi Węgrów w światowy dorobek i ich wynalazkom. W kolejnym programie, „Magyarország, szeretlek!” [Kocham cię, Węgry], drużyny złożone ze sportowców i celebrytów rywalizują ze sobą w prezentowaniu pozytywnego obrazu Węgier [to tutejsza wersja holenderskiego formatu telewizyjnego, który ma swoje edycje w wielu krajach europejskich].

I żeby ktoś, nie daj Boże, nie zapomniał o drugim zapisanym w Konstytucji filarze ideologii państwowej, teleturniej familijny obracający się wokół Biblii dopełnia dzieła propagowania patriotyzmu. Wszystko to ubrane jest w kiczowatą szatę zapożyczoną z komercyjnych stacji telewizyjnych, co wydaje się tym bardziej komiczne, że nadawcy nie szczędzą wysiłków, by uchodzić za głosicieli wartości tradycyjnych.

Kultura państwowa coraz bardziej się ośmiesza. Jej obsesyjne dążenie do autopromocji przypomina zachowanie zakompleksionego paranoika, który musi się nieustannie przekonywać o tym, jaki jest ważny, i nie znosi najmniejszej choćby krytyki. Ale to ta właśnie kultura, przeważnie nie najwyższych lotów i zawsze reżimowa, propagowana jest za pośrednictwem państwowych instytucji i stowarzyszeń patriotycznych za granicą.

Tłumaczenie - Małgorzata Kozłowska

Factual or translation error? Tell us.