Teatr miejski w Sztokholmie, koniec stycznia. Wystawiono tu sztukę poświęconą Olofowi Palmemu, to pierwszy taki spektakl od chwili zabójstwa legendarnego socjaldemokratycznego premiera. Nie zapisze się on niczym szczególnym w dziejach teatru. Ale wyraża przesiąkniętą tęsknotą prawdę, która rozbrzmiewa w wygłaszanych na scenie kwestiach. „To Szwecja jest socjaldemokratyczną ojczyzną socjalistycznego raju”. „Szwecja jest socjaldemokratyczna, tak już jest, po prostu”.

Wśród publiczności wielu nikomu nieznanych socjaldemokratów, którzy żyli w wielkiej, wspaniałej erze Palmego, w latach 70. „Ci, którzy stoją dziś na czele partii są zagubieni, uważa Lasse Hornberg, były związkowiec. Jakby sądzili, że można wciąż działać po staremu. Ale w warunkach globalizacji tak się nie da. Nadal jednak można przestrzegać podstawowych zasad socjaldemokracji”.

Przypadek sprawił, że premiera sztuki odbyła się w trakcie jednego z głębszych kryzysów w historii partii. Po dwukrotnie przegranych wyborach, w 2006 i 2007 r., sondażowe „słupki” jeszcze bardziej spadły – do 23% według badania z końca stycznia. Tak wygląda sytuacja po klęsce; jej sprawca, Håkan Juholt, zmuszony został do podania się 21 stycznia do dymisji po zaledwie dziesięciu miesiącach stania czele ugrupowania.

To zdarzenie bez precedensu w partii, która zwykła uważać, że rządzenie krajem jej się po prostu należy. Håkanowi Juholtowi zarzucono lekkomyślność w wielu sprawach, ostatnio kiedy oskarżył niesłusznie rząd o przyjęcie nowej polityki obronnej przy wsparciu skrajnej prawicy. A w październiku prasa ujawniła, że pobierał nienależny mu dodatek mieszkaniowy.

Zaalarmowani sondażami socjaldemokraci wyznaczyli w niespełna tydzień nowego szefa partii, Stefana Löfvena, byłego robotnika, przewodniczącego związku IF Metall. W laboratorium socjaldemokracji, jakim ciągle chce być Szwecja, wszystkie nadzieje na odnowę wiąże się z tym właśnie człowiekiem.

„W centrum zainteresowania powinien znowu znaleźć się człowiek!”

Västerås, położone sto kilometrów na zachód od Sztokholmu. Dawne miasto przemysłowe, stolica Västmanlandu, który był niegdyś bastionem szwedzkiej socjaldemokracji. Dziś lewica działa tu ramię w ramię z prawicą, a języczkiem u wagi jest skrajna prawica. W dawnej fabryce miedzi znalazły siedzibę liceum i rozmaite stowarzyszenia.

Zbierają się tu w każdy piątek członkowie Gamla Gardet, Starej Gwardii, stowarzyszenia socjaldemokratów seniorów z Västerås. Jest ich około dwudziestu. W dniu naszej wizyty rozmawiają o programie partii. Tematy dyskusji przychodzą z góry, ze Sztokholmu. Globalizacja, klimat… Wielu weteranów macha ręką. „Same wielkie słowa, oburza się działaczka. Ja bym chciała, żebyśmy porozmawiali o ubezpieczeniach społecznych, warunkach pracy, tymczasem w programie nie ma o tym mowy. W centrum zainteresowania powinien znowu znaleźć się człowiek!”

Brage Lundström, niegdyś malarz na budowach, sekretarz sekcji, ma swój pogląd na sprawę: „Trzeba dać sobie spokój z partyjnymi podziałami na prawicę i lewicę. I wrócić do współpracy między państwem a przemysłem. Löfven wydaje się odpowiednim do tego człowiekiem”. Podobnie jak wiele innych osób w Västerås powołuje się na świętość, jaką jest porozumienie z Saltsjöbaden z 1938 r., które przypieczętowało pakt założycielski nowoczesnej Szwecji. Kraju, w którym rząd pozwalał pracodawcom i związkom zawodowym na samodzielne negocjowanie umów zbiorowych, i gdzie każdy szanował w interesie ogółu obszar działania i prerogatywy drugiego.

Podobne zdanie na ten temat ma Olle Winkler, miejscowy delegat związku zawodowego IF Metall, z którego wywodzi się nowy szef partii. Zwłaszcza że bezrobocie osiągnęło w grudniu 2011 r. 7,1%, a to jak na Szwecję dużo. W przeszłości rządy socjaldemokratów znane były z tego, że sprzyjały rozwojowi wielkich przedsiębiorstw, co pozwoliło na przykład na ekspansję koncernów takich jak Ericsson czy nawet ABB, czołowego zakładu w Västerås, który po drugiej wojnie światowej korzystał ze współpracy z państwem. „Czekamy na taki właśnie kapitalizm państwowy”, podkreśla Olle Winkler. „Jeśli nie wrócimy do filozofii ojców założycieli, nic z tego nie będzie”, dodaje.

Roland Sundgren, prowadzący zebranie Starej Gwardii w dawnej fabryce miedzi, był świadkiem okresu chwały socjaldemokracji i początków jej schyłku – był posłem w latach 1970–1994. „Z chwilą gdy Milton Friedman dostał Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii, był to dla nas początek końca. Jego recepty zastosowali Reagan i Thatcher, ale i Szwecja. Zaczął się proces deregulacji i prywatyzacji. W 1985 r. socjaldemokratyczny minister finansów i jego ludzie zostali nazwani „prawicą finansową” partii. Palme był premierem, ale pozwolił im robić, co chcieli. To oni dokonali deregulacji rynku i liberalizacji banków”.

Niebezpieczeństwo przesunięcia na prawo

Wielu ludzi w Västerås przypomina o pęknięciu, jakie nastąpiło w 1985 r. – przyjęciu przez socjaldemokratów programu neoliberalnego. I apeluje o nowy kapitalizm państwowy. To całkiem inne rozumowanie niż to, które obowiązuje w Sztokholmie. W stolicy priorytetem jest odzyskanie względów klasy średniej w dużych miastach, uważane za jedyną drogę ponownego dojścia do władzy.

Stąd ciągłe debaty na temat tego, co w Västerås nazywa się „detalami”, zwłaszcza o miejscu podmiotów prywatnych w usługach publicznych i o kluczowej sprawie pogoni za zyskami. „Istnieją w partii siły, które uważają, że nie powinniśmy się wtrącać w sprawy zysku w służbach opiekuńczego państwa, takich jak szkoła, służba zdrowia czy pomoc osobom starszym”, ubolewa Roland Sundgren.

„Byłoby rzeczą straszną, gdyby socjaldemokraci zaczęli się przesuwać na prawo. Gdyby tak się stało, partia nie byłaby już nikomu potrzebna”, ostrzegał niedawno komentator Aftonbladet, dziennika zbliżonego do socjaldemokratów.

Na końcu sztuki wystawianej w Sztokholmie Olof Palme schodzi ze sceny w chwili, gdy stara działaczka pyta go, dokąd zmierza. „Nie wiem”, słyszy w odpowiedzi.