Dwa dni po trzęsieniu ziemi na Haiti, 14 stycznia, Catherine Ashton zwołała w Brukseli konferencję prasową. Niedawno mianowana wysoka przedstawiciel do spraw zagranicznych Unii wystąpiła tutaj w roli kogoś, kto przewodzi europejskiej mobilizacji na rzecz ofiar katastrofy. Tyle że ta brytyjska laburzystka nie wyruszyła zaraz do Port-au-Prince. Wolała pod wieczór wsiąść do Eurostar, żeby wrócić do Londynu. Błąd czy świadomy wybór? Jakikolwiek był powód tej decyzji, szefowa dyplomacji Unii Europejskiej straciła niepowtarzalną okazję do zaznaczenia, że istnieje. Później zaś Ashton oddelegowała do tej pracy Francuza Bernarda Kouchnera. To on ją reprezentował 25 stycznia w Montrealu, na konferencji państw pomagających Haiti. A przecież Unia musiała zażarcie walczyć o zaproszenie na to spotkanie, jako że jego inicjatorzy – USA, Brazylia i Kanada – początkowo nie przewidzieli udziału Starego Kontynentu, z którego przede wszystkim pochodzi pomoc dla wyspy.

Wahania pani Ashton są dobrą ilustrują dla trudnych początków nowej europejskiej władzy, stworzonej na mocy traktatu lizbońskiego, który miał usprawnić działanie Unii. Czy zamiast tego raczej je skomplikuje ? Europa w tej chwili nie ma jednej twarzy, lecz cztery, a podział ról między jej reprezentantami jest bardzo niejasny. Tandem Herman Van Rompuy (pierwszy stały przewodniczący Rady Europejskiej) – lady Ashton ma trudności z odnalezieniem się w nowej roli. A przewodniczący Komisji Europejskiej broni swojego terytorium, podobnie jak sprawująca w tym półroczu prezydencję Hiszpania.

Van Rompuy – ostrożne manewry

Bruksela nadal nie ma więc słynnego numeru telefonu, którego domagał się w 1970 r. sekretarz stanu USA, Henry Kissinger. „Całość dopiero się dociera, ale początki faktycznie nie wyglądają najlepiej”, przyznaje jeden z dyplomatów. Herman Van Rompuy ma świadomość powagi sytuacji. W każdy poniedziałek spotyka się na wspólnym śniadaniu z przewodniczącym Komisji, José Manuelem Barroso. Ale poza tymi spotkaniami panowie toczą między sobą walkę w białych rękawiczkach o pozycję swoich urzędów, szczególnie na scenie międzynarodowej. Van Rompuy, z rezerwą, lecz dogłębnie zapoznaje się ze swoimi obowiązkami.

Oficjalnie były premier Belgii „zapoznaje się z dokumentami” i objeżdża europejskie stolice przed zwołanym na 11 lutego szczytem w Brukseli. Chce na nim poruszyć kwestie społeczno-ekonomiczne, klimatyczne oraz pomocy w odbudowie Haiti. Czy może zrobić coś więcej, zaskoczyć wszystkich i uwolnić się spod kurateli Paryża i Berlina, dzięki którym objął swoje stanowisko? Barroso zaś obawia się wtargnięcia przewodniczącego Rady na swoje tereny. „Wszystko zapisane jest w traktacie: to Komisja reprezentuje Unię we wszystkich kwestiach poza polityką bezpieczeństwa”, powtarza aż do znudzenia eurodeputowanym.

Zapaterro – zwolennik ożywionej debaty

Przewodniczący Komisji ma na pewno utrudnione zadanie, gdyż jego nowy zespół rozpocznie pracę z opóźnieniem, dopiero w połowie lutego. Ale postarał się już o to, aby kompetencje w zakresie polityki zagranicznej w kolegium, którego Ashton będzie wiceprzewodniczącą, zostały rozdzielone. A w takiej sytuacji wysoka przedstawiciel będzie potrzebowała trzech różnych komisarzy, aby zająć się pomocą humanitarną, rozwojem czy stosunkami z ościennymi państwami. Barroso skądinąd ma już „swojego człowieka” podczas spotkań międzynarodowych – to Portugalczyk Joao Vale de Almeida, szef Dyrekcji Generalnej „Relex” (stosunków międzynarodowych), będącej jednym z elementów przyszłej europejskiej dyplomacji, którą Ashton ma stworzyć.

Czwarty kawałek układanki – obecna prezydencja Hiszpanii – nie ułatwia sprawy. Madryt stara się, aby o nim nie zapomniano i José Luis Rodriguez Zapatero doprowadził do tego, że wiele szczytów, między innymi ten z udziałem USA i krajów Ameryki Łacińskiej, odbywa się w Hiszpanii, a nie, jak przewiduje to traktat lizboński, w Brukseli. Uczestnikom tych spotkań hiszpański premier wyjaśnia, że chce ożywić… debaty, którym przewodniczy Van Rompuy. A przecież lizboński dokument nie daje żadnych uprawnień krajowi sprawującemu przewodnictwo w Unii. Przygotowywaliśmy naszą prezydencję, nie mając pewności, że traktat wejdzie w życie”, usprawiedliwia się Miguel Angel Moratinos. Szef dyplomacji hiszpańskiej chętnie widziałby siebie na stanowisku wysokiego przedstawiciela i bez skrupułów tak rozgrywa problemy na linii Van Rompuy – Ashton, aby stać się osobą w tym układzie nieodzowną.