Dziś, gdy cała Europa mówi po niemiecku, powinniśmy nauczyć się słowa „schadenfreude”. Oznacza ono „radość z cudzego nieszczęścia” i nie ma odpowiednika w innych językach, do tego stopnia, że prawie wszystkie zapożyczyły ten termin w jego oryginalnym, niemieckim brzmieniu. Ponieważ to odczucie, co oczywiste, nie jest czymś, co charakteryzuje wyłącznie Niemców. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że w dzisiejszych czasach ogarnia ono całą Europę.

Jak widać z najnowszych deklaracji Montiego i Sarkozy’ego, niepowodzenia jednego kraju niosą radość innym, tym, które – jak się tam sądzi – w ten sposób niejako egzorcyzmują swoje własne klęski.

My, Hiszpanie, również nie jesteśmy od tego wolni. Pamiętamy, jaką ulgę poczuliśmy, kiedy włoska premia za ryzyko osiągnęła poziom wyższy niż hiszpańska, czy też kiedy uznaliśmy, że kłopoty, z jakimi zmaga się Grecja odsuwają nas od skraju przepaści. Zamiast skupić się na rozmaitych współzależnościach, daliśmy się ponieść impulsowi narcystycznego podkreślania różnic i zaczęliśmy się kierować bardziej emocjami niż rozsądkiem.

Oburzenie jest więcej niż uzasadnione

Obciążamy Europę negatywnymi odczuciami, przez co daleko nam do tego, co powinno być logiczną reakcją na sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, zamiast tak skutecznie, jak to tylko możliwe, współpracować na rzecz znalezienia korzystnego dla wszystkich rozwiązania. Mariano Rajoy prawidłowo zareagował na deklaracje wspomnianych liderów.

Najważniejsze jest euro, a w publicznych wypowiedziach należy zachować daleko idącą ostrożność. Niech każdy wypełnia swoje obowiązki, a znajdziemy wyjście dobre dla wszystkich. Należałoby dodać, że zawsze mogą wystąpić różnice poglądów, dotyczące tego, jakie środki zaradcze należy zastosować, i w jaki sposób będziemy je wprowadzać w życie. Nie możemy jednak dopuścić do tego, by emocje wzięły nad nami górę.

Jeśli istnieje coś, czego należy się bać w polityce, to właśnie ulegania emocjom, i to tym najbardziej mrocznym, takim jak właśnie schadenfreude czy też czynienie zadość pokusie nieodpowiedzialnego wskazywania winnych całego zła. Najwyraźniej nadal potrzebujemy kozłów ofiarnych, które usprawiedliwiłyby nasze niepowodzenia. To się pojawia w sposób niemal naturalny, kiedy poddajemy się nacjonalistycznemu zamknięciu w sobie, od którego już tylko krok do brania siebie za ofiarę. Jest to stała cecha naszej europejskiej historii.

Dawniej była przyczyną niemal wszystkich wojen, które miały miejsce na naszym kontynencie, a dziś grozi unicestwieniem wspaniałego projektu. Być może dzieje się tak dlatego, że, jak dobrze wiedzą populistyczni przywódcy, żeruje ona na pierwotnych i radykalnych reakcjach. Niepokojący jest zatem fakt, że Marine Le Pen jest, jeśli wierzyć sondażom, kimś, za kim opowiada się najwięcej młodych Francuzów lub że najważniejsze siły polityczne głoszą hasła o wielkości Francji przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi.

W pewnym sensie to logiczne, że w podobnej sytuacji pojawiają się opory emocjonalne, choćby tylko jako przeciwwaga dla chłodnej kalkulacji rynków, z ich brakiem wrażliwości na społeczne bolączki. Inna rzecz, czy te bolączki wzięły się właśnie z zachowań rynków, czy była to reakcja na bezsilność wobec jednostronnych, łatwych pomysłów na wyjście z kłopotów. W obliczu obecnej sytuacji, uczucie takie jak oburzenie jest więcej niż uzasadnione. Zawsze jest zresztą lepsze niż strach.

Jeden europejski naród

Nie można się jednak zgodzić na to, by emocje nas zaślepiły i odebrały zdolność wyboru właściwego rozwiązania. Zwykle sprawy układają się lepiej, kiedy powściągamy namiętności, a poświęcamy się dobrze pojętym interesom. I nikt nie ma wątpliwości co do tego, gdzie leżą nasze interesy na tym skomplikowanym rozdrożu. Więcej Europy, a mniej nacjonalistycznego solipsyzmu!

Czyli dokładna odwrotność tego, co, jak wynika z naszych obserwacji, przeważa wśród europejskiej opinii publicznej. Kluczem do sukcesu ma być permanentne podsycanie waśni i eksponowanie rzekomych krzywd wyrządzonych narodowi. Podjudzają do znajdywania takiego lekarstwa nieodpowiedzialni politycy i środki przekazu w wielu krajach. Bierze się to także z katastrofizmu niektórych liderów, kształtujących ową opinię publiczną. Oto przykład, kilka dni temu W. Münchau twierdził na łamach Der Spiegel, że Hiszpania znajduje się w podobnym położeniu, w jakim znajdowała się dwa lata temu Grecja, dając tym samym początek całej serii różnych samospełniających się przepowiedni.

W tych okolicznościach nie widać żadnego rozsądnego wyjścia z kryzysu. Nie będzie wspólnej Europy, jeśli nie będziemy zdecydowanie zmierzać w kierunku utworzenia jednego europejskiego narodu (demos), a tymczasem my cofnęliśmy się w tym dążeniu dobrych kilka mil. Być może ostygliśmy w zapale widząc, że nie udaje nam się poczuć w stosunku do Europy czegoś podobnego do narodowych więzi. Jednak dziś bardziej niż kiedykolwiek widać potrzebę utemperowania naszych emocji i podporządkowania ich interesom. Emocje i interesy, czyli samo życie.