Jest połową francusko-niemieckiego „silnika napędowego” Unii Europejskiej. W kryzysie euro gra rolę „huśtawki”, znajdując się pomiędzy rozważną Północą i rozrzutnym Południem oraz pomiędzy wierzycielami z jednej strony i dłużnikami z drugiej. Jest też duża. Jeżeli Francja miałaby być następnym krajem strefy euro, który wpadnie w tarapaty, zagrożone byłoby samo istnienie wspólnej waluty.

To właśnie dlatego prawdopodobne zwycięstwo socjalisty Françoisa Hollande'a w zbliżających się wyborach prezydenckich we Francji ma takie znaczenie. W pierwszej turze w ostatnią niedzielę to on niewielką ilością głosów pokonał Nicolasa Sarkozy’ego obecnie stojącego u steru państwa.

Jeżeli nie nastąpi jakaś katastrofa, w rodzaju wyraźnej porażki w debacie telewizyjnej w przyszłym tygodniu, socjalista może być praktycznie pewny zwycięstwa w drugiej turze w maju, bo raczej na pewno przejmie wszystkie głosy oddane na skrajną lewicę Jean-Luc Mélenchona, a także znaczną część tych oddanych na Marine Le Pen, liderkę skrajnie prawicowego Frontu Narodowego, oraz kandydata centrum François Bayrou. A Sarkozy ma pod górkę.

Economist poparł Nicolasa Sarkozy’ego w 2007 r., kiedy ten odważnie powiedział Francuzom, że nie da się uciec od zmian. Miał jednak tego pecha, że w rok później wybuchł globalny kryzys finansowy. Mimo tego zdołał zanotować pewne osiągnięcia – reformę wprowadzonego przez socjalistów trzydziestopięciogodzinnego tygodnia pracy, liberalizację ustawy o szkołach wyższych, podniesienie wieku emerytalnego. A jednak polityka Sarkozy’ego okazała się równie nieprzewidywalna i niepewna jak on sam. Mając to wszystko na uwadze, gdybyśmy mieli głosować szóstego maja, oddalibyśmy głos na niego właśnie – nie tyle jednak z powodu jego zasług, ile po to, by nie dopuścić do wyboru Hollande’a.

Precz z dyscypliną

Pod rządami socjalistycznego prezydenta Francji udałaby się jedna ważna rzecz. Hollande jest przeciwny surowym warunkom narzuconej przez Berlin dyscypliny fiskalnej, która, dusząc gospodarkę, utrudnia Unii powrót na ścieżkę wzrostu. Postawa ta wynika jednak ze złych powodów – a sam Hollande ma szansę narobić jeszcze tyle złego, że dobrobyt Francji (i całej strefy euro) byłby zagrożony.

Kandydat socjalistów mówi wiele o sprawiedliwości społecznej, ale prawie w ogóle o potrzebie tworzenia bogactwa. Chociaż obiecuje obniżyć deficyt budżetowy, chce uczynić to poprzez podwyżki podatków, a nie obniżkę wydatków. Obiecał na przykład zatrudnić sześćdziesiąt tysięcy nowych nauczycieli, co wedle jego własnych obliczeń kosztowałoby dodatkowe dwadzieścia miliardów euro następnych pięciu latach. Sektor państwowy stałby się jeszcze większy.

Założenie, że w jakiś sposób, pomimo tego, co mówi, a nawet pomimo tego, co zamierza, Hollande przeprowadzi jednak niezbędne reformy, wydaje się bardzo śmiałe. Jego postawa wobec biznesu jest głęboko niechętna. Nic, co wydarzyło się w ostatnich kilku miesiącach, ani w trakcie jego długiej kariery partyjnego bonzy, nie wskazuje na to, by miał dość odwagi i stanął na wysokości zadania gotów do zmienienia Francji.

Hollande stawia na wzrost

A co z resztą Europy? Tutaj sprzeciw Hollande’a wobec jakiejkolwiek formy obniżki wydatków ma sens przynajmniej pod jednym względem – on chce zmienić unijny „pakt fiskalny” tak, by nie tylko pozwalał ograniczyć deficyt budżetowy i dług publiczny, ale także wspierał wzrost. W tym względzie francuski socjalista mówi jednym głosem z krytykami drastycznych oszczędności à la Berlin odzywającymi się dzisiaj od Irlandii i Holandii po Włochy i Hiszpanię.

Problem polega na tym, że w odróżnieniu od na przykład Mario Montiego, Hollande zgłasza obiekcje nie tylko wobec tego typu makroekonomicznych subtelności, lecz także wobec tempa zaciskania pasa. Chodzi tu głównie o przeciwstawianie się zmianom jako takim i determinację utrzymania francuskiego modelu społecznego za wszelką cenę. Kandydat socjalistów nie proponuje wolniejszego dostosowania fiskalnego, by ścieżka reform stała się nieco łagodniejsza; proponuje po prostu, aby w ogóle ich nie było.

Każdy niemiecki kanclerz oswaja w końcu francuskiego prezydenta, a Hollande byłby partnerem bardziej przewidywalnym niż Sarkozy. Jednak jego sprzeciw wobec jakichkolwiek reform strukturalnych oznacza z pewnością, że trudno byłoby mu przekonać Angelę Merkel do zaakceptowania wyższego poziomu inflacji lub jakiejś formy mutualizacji długu. Dlaczego Niemcy mieliby przełykać gorzką pigułkę, kiedy Francuzi ani o tym myślą?

Można sobie wyobrazić, że Hollande przechyli dzisiaj szalę na rzecz nieco mniej oszczędnościowej polityki. Równie dobrze może jednak przestraszyć Niemców i sprawić, że poprą opcję odwrotną. Jedno wszakże wydaje się pewne – francuski prezydent tak niechętny zmianom podkopałby europejską wolę przeprowadzenia bolesnych reform, które muszą być przeprowadzone, by uratować euro. To czyni zeń raczej niebezpiecznego człowieka.