Najbliższe tygodnie przyniosą dramatyczne zmiany dla Niemiec. Po pierwsze, na początku maja odbędą się wybory do Landtagu w Szlezwiku-Holsztynie i Nadrenii Północnej-Westfalii, które pokażą, czy ciesząca się ogromną popularnością w Niemczech i uznawana za najsilniejszego gracza politycznego w Europie Angela Merkel może jeszcze liczyć na kolejną kadencję.

Nie mniejsze znaczenie dla Niemiec będą miały wybory parlamentarne w Grecji, mające się odbyć w najbliższą niedzielę. W kraju podjęto wiele wysiłków i zainwestowano jeszcze więcej pieniędzy, by stanąć wreszcie na nogi. Jeśli jednak Grecy wybiorą parlament, który większością głosów opowie się przeciwko zaciskaniu pasa i restrukturyzacji gospodarki, niewykluczone, że cały europejski plan ratunkowy weźmie w łeb. Skutki udałoby się być może opanować pod względem gospodarczym. Taki wynik wyborów podważyłby jednak zasadność ewentualnych kolejnych pakietów ratunkowych dla innych państw tkwiących po uszy w długach.

Polityka europejska Merkel zostanie poddana surowej ocenie nie tylko w Grecji, ale i we Francji. W kampanii wyborczej Nicolas Sarkozy zdystansował się co prawda od wielu ustaleń, powziętych kilka miesięcy temu wspólnie z kanclerz Merkel, za czasów harmonijnej współpracy na linii Berlin–Paryż. W jego przypadku można jednak żywić nadzieję, że były to jedynie zagrywki czysto retoryczne.

Cena polityki zaciskania pasa

Jeśli chodzi o jego najpoważniejszego konkurenta pretendującego do urzędu prezydenta, François Hollande’a, sprawy nie przedstawiają się już tak różowo. On w swej krytyce niemieckiej polityki zaciskania pasa posunął się tak daleko, że nawet gdyby spełnił co drugą obietnicę zwiększenia wydatków – a tym samym zadłużenia, wywołałoby to niepokój i destabilizację w chwiejnych strukturach europejskich. Na giełdach nie brakuje zaś spekulantów, którzy tylko czekają na taki obrót wydarzeń.

Duży wpływ na politykę niemiecką i europejską będą miały również wybory w Holandii. Tamtejsza koalicja liberałów i chadeków przez ostatnie półtora roku była tolerowana i wspierana przez partię prawicowego populisty Geerta Wildersa. Koniec końców rozpadła się, ponieważ rządzącym nie udało się osiągnąć porozumienia w sprawie redukcji deficytu budżetowego. Gdy wyborcy pójdą do urn po przerwie wakacyjnej, zadecydują o politycznych losach premiera Marka Ruttego, który na forum europejskim dał się poznać jako jeden z najlepszych i najbardziej niezawodnych partnerów niemieckiej kanclerz.

W tych wyborach na szali będzie się jednak ważyć o wiele więcej. Polityka nienawiści prowadzona przez Geerta Wildersa, która niegdyś była wymierzona głównie w muzułmanów, coraz częściej ma wydźwięk antyeuropejski. Jeśli ten manewr spotka się z uznaniem wyborców, sukces Holendra może dodać skrzydeł populistom i krytykom UE na całym kontynencie. Zagrożenie to rysuje się wyraźnie choćby we Francji, gdzie wszystko wskazuje na to, że w razie porażki Sarkozy’ego Marine Le Pen podejmie próbę rozbicia jego partii i przejęcia jej prawego skrzydła. Tym samym tendencje antyeuropejskie przebiłyby się do politycznego centrum.

Jak Merkel może niechcący stracić władzę

W tej sytuacji rodzi się oczywiście pytanie, czy wybory we Francji i w Holandii mogą stanowić zachętę do powołania nowej, prawicowej partii w Niemczech. Jak dotąd tego typu inicjatywy udawało się zdusić w zarodku. Czy jednak nadal będzie to możliwe, jeśli u naszych zachodnich sąsiadów sukces odniosą prawicowi populiści?

Co do jednego już dziś nie ma wątpliwości – gdy na terenie UE, a zwłaszcza u naszych bezpośrednich sąsiadów, odbywają się dziś wybory, fakt ten ma co najmniej tak duże znaczenie, jakby głosowano na posłów do Landtagu w kraju związkowym. W obliczu tak potężnych transgranicznych zależności można by się zastanowić, choćby teoretycznie, dlaczego wyborcy niemieccy nie mieliby być uprawnieni do głosowania w Holandii i we Francji, dysponując np. jedną piątą głosu. Zasada ta obowiązywałaby naturalnie również w drugą stronę, tak że Francuzi i Holendrzy mogliby głosować u nas.

Uwagę zwraca jeszcze jedna osobliwość, otóż Angela Merkel uchodzi za najbardziej wpływową kobietę Europy, ale gdyby zapytać Europejczyków, zapewne nie wybraliby jej na urząd prezydenta UE. Jeśli do urn mieliby pójść wyborcy niemieccy, bez problemu zgarnęłaby ona większość głosów. Mimo tak ogromnej popularności w kraju pani kanclerz może jednak zostać wkrótce odsunięta od sterów, a to za sprawą rozgrywek wewnątrzkoalicyjnych. Innymi słowy, Merkel stoi dziś na czele Europy, która nie może pozbawić jej tej roli, lecz niewykluczone, że zostanie niechcący pozbawiona władzy przez Niemców, którzy tak właściwie nie mieliby nic przeciwko, gdyby to ona w dalszym ciągu sprawowała rządy.

Gdy się ma na względzie legitymację demokratyczną, wszystko to wydaje się dosyć dziwne, żeby nie powiedzieć zupełnie absurdalne. Jedno jest pewne – w najbliższych tygodniach czekają nas duże emocje.