W proteście przeciw uwięzieniu byłej premier Julii Tymoszenko, a zwłaszcza złemu traktowaniu jej w kolonii karnej w Charkowie, niemieccy, a za nimi inni politycy, ogłosili, że nie pojadą na Ukrainę, nie uścisną dłoni Wiktorowi Janukowyczowi. Fala złości ogarnęła Brukselę: do Kijowa nie wybiera się przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso, a jego stanowisko podzielili unijni komisarze, w tym komisarz ds. sportu Andrulla Wasiliu i Janusz Lewandowski.

Oficjalne hasło tych mistrzostw brzmi: „Razem tworzymy przyszłość”. Hrihorij Surkis, prezes Federacji Piłki Nożnej Ukrainy, człowiek, który sprawił, że Ukrainie i Polsce przyznano organizację mistrzostw w 2012 r., tłumaczył z zapałem, że organizacja Euro 2012 wymusi zmiany skuteczniej niż komisarze z Brukseli. Zmniejszy dystans dzielący Ukrainę od Europy.

Polsce Euro miało przynieść przede wszystkim skok cywilizacyjny: autostrady, lotniska, koleje i oczywiście całą nowoczesną infrastrukturę sportową. U nas także zmieniali się premierzy i prezydenci, ale nie spojrzenie na partnerstwo z Ukrainą, na Euro, uważane za sprawę ponad podziałami.

Tymczasem w ukraińskiej polityce kotłowało się niemal bez przerwy. Narastał konflikt między pomarańczowymi, prezydentem Wiktorem Juszczenko i premierem, Julią Tymoszenko. W dodatku kryzys gospodarczy mocno uderzył w ukraińską ekonomię, opartą na przemyśle wydobywczym i ciężkim. Brak reform jeszcze sytuację pogorszył. Kasa była pusta, szalała inflacja, hrywna słabła, krajowi groziło bankructwo, ratowano się pożyczkami międzynarodowych instytucji finansowych. A Rosjanie z właściwym wyczuciem przykręcili kurek z gazem, żądając podpisania nowej umowy i natychmiastowego uregulowania należności, oskarżając Ukrainę o kradzież paliwa.

Splecione interesy

Sytuacja była dramatyczna, bo gaz przestał płynąć także do Europy. Ta winiła Kijów, choć to Moskwa kręciła kurkami. Ukraińskiemu przemysłowi groziła katastrofa, a krajowi rewolta. Tymoszenko, wtedy premier, założyła wytworną czarną suknię i perły i pojechała do Moskwy negocjować z Putinem. To właśnie zawarta w styczniu 2009 r. umowa gazowa z Rosją, oceniona jako szkodliwa dla gospodarki, stała się podstawą jej późniejszego oskarżenia i skazania na siedem lat więzienia. Nawet jeśli nie była to najlepsza umowa, warto pamiętać, że została zawarta właściwie z nożem na gardle i uratowała ukraińską gospodarkę.

Ale w istocie nie kształtem umowy naraziła się Julia swoim politycznym przeciwnikom. Chodziło o wyeliminowanie z gry gazowego pośrednika, firmy RosUkrEnergo, która czerpała z pośrednictwa kolosalne i nienależne zyski. Połowę udziałów w niej miał Gazprom, a połowę ukraiński oligarcha Dmytro Firtasz, blisko związany z Partią Regionów Wiktora Janukowycza. To on tracił fortunę.

Przygotowania do Euro właśnie przekroczyły półmetek. Na Ukrainie kończono budowę stadionów, w które rodzimi oligarchowie zainwestowali grube miliony.

Kiedy dziś mówi się o potrzebie oddzielenia sportu od polityki, to w przypadku Ukrainy jest problem, bo obie sfery są splecione jak warkocz Julii Tymoszenko. To oligarchom powinno zależeć, żeby mistrzostwa okazały się sukcesem, to im spieszno do integracji z Unią, gdzie chcą robić interesy. Jeśli ktokolwiek mógł wywrzeć presję na prezydenta, to jedynie oni, sponsorzy ukraińskiej polityki. Dlaczego zatem nie naciskają na Janukowycza, żeby załagodzić sprawę Tymoszenko? Bo Janukowycz jednym ruchem może ich odciąć od żyły złota. A wtedy nawet Rinat Achmetow, którego imperium wytwarza 7 proc. PKB Ukrainy, mógłby popaść w tarapaty finansowe.

A Janukowycz, kiedy objął prezydenturę, musiał załatwić porachunki z Julią. Bo zniewagi się nie wybacza: to przez pomarańczowych oddał władzę. Oskarżono go o fałszerstwo wyborcze, przypomniano jego kryminalną przeszłość. Jego partia straciła pozycję, wpływy, pieniądze.

Nowa twarz Ukrainy

Proces Tymoszenko odbywał się w atmosferze skandalu. W jej obronie wystąpił nawet bokser i polityk Witalij Kliczko, druga najbardziej rozpoznawalna twarz Ukrainy. Bruksela nie przerwała rozmów, choć umowa o stowarzyszeniu z Ukrainą nie została parafowana, jak planowano, w trakcie polskiej prezydencji, lecz dopiero z końcem marca br. Dziś o jej podpisaniu nie ma nawet mowy.

Mówi się, że Janukowycz miał obiecać w Berlinie zmianę prawa umożliwiającą uwolnienie Tymoszenko, osądzonej wedle sowieckiego jeszcze paragrafu (i niezmienionego za niepodległości) przed sądem powszechnym, w procesie karnym, a nie przed Trybunałem Stanu oceniającym trafność decyzji politycznych. Próba znowelizowania prawa poległa w parlamencie, zresztą głosami niebieskich; nie wiadomo, czy tak miało być, czy to wypadek przy pracy. Janukowycz uznał sprawę za zamkniętą, podkreślał, że sądy ukraińskie są niezawisłe, co brzmiało jak nieśmieszny żart.

Skądinąd Tymoszenko nie była czysta jak łza. Swoje miliony zarobiła jak wszyscy, którzy na początku transformacji kręcili interesy z państwem lub uczestniczyli w prywatyzacji. Działała (wraz z rodziną) w sektorze energetycznym, gdzie przepływały niewyobrażalne pieniądze. Zbyt wielkie, żeby pozostać neutralnym bez umocowania w polityce.

Jako premier też miała swoje grzechy, choćby rozdawanie publicznych pieniędzy i uprawianie skrajnego populizmu, byle utrzymać władzę. Miała opinię awanturnicy. Ale równocześnie była nową twarzą Ukrainy, piękną, inną, daleką od socjalistycznej zgrzebności, była rozpoznawalna. Miała w sobie to coś, co przyprawia mężczyzn o drżenie nóg, gdziekolwiek się pojawiła. Pożerali ją wzrokiem, zabiegali o względy. Miała tego świadomość. Kobiety też ceniły jej towarzystwo, choćby Angela Merkel, z którą Tymoszenko pozostaje w zażyłych stosunkach.

Dlaczego Zachód dopiero dziś zwrócił uwagę na los Julii? Bo miarka się przebrała. Janukowycz oszukał zachodnich polityków, zwłaszcza Angelę Merkel. Mógł znaleźć milion pretekstów, by wyjść z twarzą z kłopotu. On tymczasem brnął dalej, choćby ceną była kompromitacja Ukrainy, do jakiej dziś dochodzi.

Zwolennicy teorii spiskowych są jednak przekonani, że bojkot zapoczątkowany w Berlinie jest niemiecko-rosyjską próbą zmiany strategii w Europie, wepchnięcia Ukrainy w ramiona Moskwy i przekreślenia jej integracyjnych dążeń oraz polskich starań, żeby Ukraina dopełniła Europę, a nie Rosję. Że nie chodzi o Tymoszenko, że to jedynie pretekst. Tak czy owak atmosfera wokół Euro 2012 już się, niestety, zepsuła.

Cały artykuł można przeczytać na stronie tygodnika Polityka