Chyba nigdy tak daleko się nie posunęła. A przecież w tym zawodzie skok na głęboką wodę to rzecz zwyczajna, to na tym polega bycie reporterem. W ciągu dwudziestu lat, współpracując z różnymi gazetami (kiedyś Libération, teraz Le Nouvel Observateur), jeździła do krajów ogarniętych wojną i do niebezpiecznych dzielnic, bywała w komisariatach, sądach, w strajkujących fabrykach. Ciekawa świata, nieugięta, niecierpliwa… Aż wreszcie zapłaciła za to wysoką cenę ‒ któregoś dnia w 2005 r. w Bagdadzie porwali ją jacyś ludzie i trzymali 157 dni w uwięzieniu razem z towarzyszącym jej Irakijczykiem. Wyszła z tej długiej, niełatwej niewoli z wielką godnością i zyskała sobie niejaką sławę.

Tym razem nie było potrzeby, by podróżowała samolotem. Wybrała się do Caen, położonego o dwie godziny drogi od Paryża. A przecież to w tym mieście, niemal sąsiadującym ze stolicą, przeszła najwięcej, w sensie ludzkim i zawodowym. Na blisko pół roku stała się „Madame Aubenas”, czterdziestoośmioletnią kobietą bez szczególnych kwalifikacji, jedną z kilkudziesięciu bezrobotnych. Nikt jej jakoś nie rozpoznał. Dzień w dzień wtapiała się w szarą masę ludzi poszukujących jakiegokolwiek zajęcia, tych, którzy chwytają się pracy, poniżej swoich kwalifikacji na umowę na czas określony, byle jak opłacanej, w tłum, gdzie każdy dobrze wie, że stałego zatrudnienia już nie znajdzie, że może – przy odrobinie szczęścia – złapać robotę to tu, to tam na godziny

„****Opowiedzieć o Francji, która sobie nie radzi"

Kiedy Florence Aubenas wpadła na pomysł, żeby przekonać się na własnej skórze, jak to jest, przeczytała wiele książek z nurtu „dziennikarstwa uczestniczącego”, najpierw najsłynniejszą, pióra Güntera Wallraffa, zatytułowaną „Ganz unten” [Na samym dnie, Wyd. Poznańskie 1988]. Zastanawiała się w tamtym czasie nad sensem pracy dziennikarskiej. Czy pisząc artykuł, jesteśmy w stanie coś na świecie zmienić? „W kółko słyszeliśmy: ‘Jest kryzys, wszystko się zawali’. Siedziałam za biurkiem skołowana, rzeczywistość wymykała mi się z rąk. Odkąd zaczęłam pracować, był kryzys, wszechobecny i nieuchwytny zarazem. Niczego już nie rozumiałam”.

Dlatego właśnie Florence Aubenas postanowiła jechać do Caen, zarejestrować się jako bezrobotna i szukać pracy, a potem „opowiedzieć o Francji, która sobie nie radzi”. Pracować jak dotąd, ale nadać temu dłuższą i głębszą, a więc bogatszą poznawczo formę. Nie podchodzić do ludzi z notesem w ręku, tylko „stać się jednym z nich, z wszystkimi ograniczeniami, jakie to za sobą niesie”. Wejść w skórę kobiety bezrobotnej, ponieważ „nie wszystko da się wyrazić słowami. Chciałam znaleźć się poza tradycyjnym dyskursem: żyć wśród nich, żeby na przykład nie ulec pokusie i nie starać się rozmawiać przede wszystkim z ludźmi, którzy ładnie się wysławiają, jak to się zdarza dziennikarzom”.

Pokonać lęk przed zdemaskowaniem

Gdy wybierała do Caen, planowała, że zostanie tam, dopóki nie uda się jej załatwić jakiejś umowy na czas określony. Cztery miesiące powinny wystarczyć, sądziła. Ale po przyjeździe musiała spuścić z tonu. „Zajęło mi to półtora miesiąca”, powiedziała. Znalezienie pracy? Gdzie tam: paru marnych godzin na dwóch przeciwległych krańcach miasta, na promie kursującym po kanale La Manche, w biurach, na kampingach. Na początku codziennie wieczorem robi notatki, potem już tylko co drugi dzień, jest zbyt zmęczona. „Im bardziej mijał czas, tym bardziej zaczynało to przypominać pamiętnik. Po miesiącu człowiek sobie odpuszcza. Nie byłam już kimś, kto pnie się w górę, tylko kimś ,,kto przestał panować nad sytuacją i próbuje się utrzymać na powierzchni”.

Czy zdarzało się jej myśleć o tym, czego doświadczyła jako zakładniczka? Nie, chyba nie, ale wydaje mi się – zauważa – że „gdyby nie ta niewola, nie zdobyłabym się na to, żeby coś takiego zrobić”. Pokonać lęk przed zdemaskowaniem, strach przed śmiesznością (że upodobni się do bohaterki komiksów dla dzieci, która w jednym z odcinków odkrywa, jak żyją ludzie biedni), ale przede wszystkim nie przejmować się tym, że czas ucieka, z czym tak trudno jest się pogodzić dziennikarzowi”. Bo oczywiście, dopóki w to wszystko nie wdepnęła, nie miała pojęcia, jak wygląda dzień bezrobotnego, który składa się z czekania, z niekończących się (i kosztownych) dojazdów do miejsc, w których pracuje się nie więcej niż godzinę.

Nie mogła zrezygnować z wynajmu pokoju w Caen. To na tych paru metrach, za które płaciła 348 euro miesięcznie, napisała znaczną część swojej książki [Le Quai de Ouistreham, Editions de l’Olivier]. Przed wyjazdem z Paryża postanowiła, że wykorzysta pieniądze, które zarobiła na książce o aferze Outreau [bezpodstawnym skazaniu rzekomych pedofilów] (La Méprise, Editions du Seul, 2005). „Odłożyłam tę kwotę, to była świętość, nie mogłam przecież kupić sobie samochodu za pieniądze zarobione na tej aferze!” I miała rację. Przez pół roku harówki nie była w stanie zarobić na życie. Nawet bardzo skromne.