Nienaruszalna, święta, gwarantowana płaca urzędników przeszła do historii. Grecja, która postanowiła obniżyć o 7% wynagrodzenia pracowników sektora publicznego, jest już ostatnim z krajów strefy euro i spoza niej, które podjęły nieco ponad rok temu podobne decyzje. Wszystko się jednak zaczęło nie nad Morzem Śródziemnym, ale nad Bałtykiem. Pensje urzędników na Łotwie, która pierwsza wśród krajów zagrożonych podniosła alarm, spadły w październiku 2009 r. do poziomu z 2006. Obniżki wynagrodzeń, sięgające 20% w przypadku nauczycieli i paru innych grup zawodowych, zimą i wiosną zeszłego roku spotkały się z ostrym protestem, ale w końcu wszyscy się z nimi pogodzili.

Udało się rozwiać lęk przed rychłą dewaluacją; kraj wreszcie się uporał z gwałtownym spadkiem PKB – minus 17% w zeszłym roku – dziś jego finanse mają się o wiele lepiej, a jego zobowiązania nie są już uznawane przez agencje ratingowe za zadłużenie o wysokim stopniu ryzyka. W gruncie rzeczy Łotwa i inne kraje bałtyckie zdecydowały się na wewnętrzną dewaluację. Utrzymały kursy wymiany, ale zmniejszyły płace. Realna wartość tych drugich i tak by spadła, gdyby te kursy obniżyły, tyle że to wywołałoby inflację. Bardzo się to wszystko odbija na poziomie życia w regionie, w którym średnia miesięczna pensja wynosi około 500 euro. Ale finanse w skali każdego z krajów jakoś wytrzymały.

Stawką jest pozostanie w strefie euro

W Irlandii rząd zapowiedział cięcia płac urzędników w grudniu ubiegłego roku. Przykre to było przebudzenie dla tych, którzy śnili, że kraj stanie się imperium finansowym. Ale nastroje jeszcze bardziej się pogorszyły, kiedy parę tygodni później zmniejszono obniżki pensji dla urzędników najwyższego szczebla. Spory w parlamencie były ostre, wyniki głosowania do końca niepewne, ale cięcia zostały utrzymane. Zarówno Irlandia, jak i Grecja grają o wysoką stawkę ‒ zdolność do pozostania w eurolandzie. Oba kraje wyniosły z przynależności do niego ogromne korzyści, ale dziś ta sama strefa wspólnej waluty zmusza je do prowadzenia polityki, której mogłyby uniknąć, dokonując dewaluacji narodowego pieniądza, która to operacja teraz, jak wiadomo, nie jest już możliwa. Osoby pobierające stałe pensje, zarówno w sektorze publicznym, jak prywatnym, też by na tym ucierpiały, i to prawdopodobnie jeszcze bardziej, choć na pozór mniej boleśnie. Przypadek Grecji, na którą skierowane są od miesięcy światła reflektorów, i który wzbudził tyle niepokoju i wątpliwości co do szans przetrwania euro, zwrócił uwagę na nienowe już zjawisko. Otóż zjawisko, które mogłoby dotknąć inne, podatne na wstrząsy kraje strefy euro, takie jak Portugalia i Hiszpania i nadwyrężyć kondycję Włoch, które – choć może nie takie słabe – powinny śledzić te wydarzenia ze szczególną uwagą.

Obniżki urzędniczych płac powrót do czasów Wielkiego Kryzysu

Niewykluczone, że Zjednoczone Królestwo, które wydało więcej niż Stany Zjednoczone na ratowanie swoich banków, też będzie musiało się nad tym wszystkim zastanowić, jeśli nie chce zanadto narażać i tak już osłabionego funta. Ale Alistair Darling, kanclerz skarbu, ograniczył się do przedstawienia propozycji obniżenia odszkodowań z tytułu zwolnień. Zdążył już na nią odpowiedzieć związek zawodowy, którego ten projekt dotyczy, czyli Public and Commercial Services Union ‒ przygotowuje trzydniowy strajk. Zamrożenie płac urzędników publicznych zostało już postanowione bądź zapowiedziane w niektórych krajach Europy Środkowej, takich jak Węgry czy Republika Czeska, które, podobnie jak kraje bałtyckie, ubiegają się o przyjęcie do strefy euro i wiedzą, że dewaluacja ich waluty by to opóźniła. Obniżenie kursu byłoby tym trudniejsze do przeprowadzenia, że wielu obywateli tych krajów zaciągnęło długi w obcej walucie – w euro, szwedzkiej koronie, szwajcarskich frankach. Lepiej więc zmniejszyć wynagrodzenia, zaczynając od pensji urzędników. Coś nam to przypomina… Nie doświadczyły tego na własnej skórze dwa ostatnie pokolenia, ale wielu seniorów jeszcze to pamięta: w latach 30. niemal wszędzie w Europie zmniejszono płace urzędników. Poczynając od Włoch i Zjednoczonego Królestwa.