Przez ostatni rok, w miarę jak pogłębiał się kryzys euro, na światło dzienne wyszedł pewien bardzo interesujący fakt – a mianowicie okazało się, że eurofile i eurosceptycy wcale tak bardzo się od siebie nie różnią. W gruncie rzeczy kierują nimi niezwykle podobne odruchy, podobne antydemokratyczne instynkty. Wygląda na to, iż jedni i drudzy chętnie zwolniliby rządy narodowe z odpowiedzialności za polityczny i gospodarczy chaos, zwolniliby z tej odpowiedzialności również państwa.

Eurofil wyraża to, kłaniając się w pas Brukseli, wzywając unijne instytucje, by robiły więcej dla ratowania Europy. Eurosceptyk zaś wini Unię za niemal wszystko, co idzie źle, traktując Brukselę jak rodzaj Gwiazdy Śmierci wysysającej z Europy resztki przyzwoitości. Eurofil zdaje się darzyć Unię ślepą wiarą, widząc w niej odpowiedź na każdy problem, zaś eurosceptyk patrzy na nią przez wąskie klapki antypatii, dostrzegając w niej przyczynę wszelkich kłopotów.

Unia zabiła demokrację?

Tym, co ich łączy, jest przekonanie, że to Unia ponosi odpowiedzialność za sytuację. U podstaw wizji, w której Wspólnota jest zbawicielką Europy i w której jest jej niszczycielką, leży to samo myślenie. Można by je streścić tak: „Rządy narodowe nie są winne temu, co się stało”. Gdyby zapytano mnie „Czy Unia zabiła demokrację?”, odpowiedziałbym, że nie. Unia jest raczej produktem końcowym śmierci demokracji w Europie, tworem rządów narodowych, które odpuściły sobie idee suwerenności i demokracji. Unia jest efektem uwiądu demokracji w Europie, nie jego przyczyną.

Główną siłą napędową integracji europejskiej w ostatnich czterdziestu latach było tchórzostwo i oportunizm rządów narodowych, a nie złowrogie ambicje Brukseli lub Berlina. Krajowi przywódcy, czujący to, że coraz bardziej odrywają się od własnego elektoratu, stworzyli postsuwerenną instytucję, za której plecami mogli się ukryć.

Dobrym przykładem tego było zaakceptowanie przez rząd brytyjski pod koniec lat dziewięćdziesiątych decyzji Brukseli o obniżeniu wieku przyzwolenia dla kontaktów homoseksualnych z osiemnastu do szesnastu lat. Londyn sam chciał dokonać takiej zmiany, ale z obawy o możliwe kontrowersje wolał pozwolić, by Unia zrobiła to za niego. Istnienie UE pozwoliło zatem rządom podejmować decyzje bez przejmowania się opinią publiczną i bez brania za nie moralnej odpowiedzialności.

Zwolenieni z odpowiedzialności

Oczywiście taki „bezpieczny” sposób podejmowania decyzji niesie bardzo poważne negatywne konsekwencje. Im bardziej rządy narodowe izolowały się od własnego elektoratu, tym bardziej niezdolne stawały się do prawdziwego rządzenia. Im częściej szukały schronienia za plecami instytucji unijnych, tym bardziej odrywały się od rzeczywistości i tym bardziej stawały się irracjonalne.

Wczesnym symptomem tego była reakcja na wybuch islandzkiego wulkanu w 2010 r., kiedy politycy spanikowali, uziemiając samoloty i paraliżując praktycznie cały kontynent. Było to bezpośrednią konsekwencją ich samoizolacji i wynikającej z niej niezdolności radzenia sobie z rzeczywistością i okazania prawdziwego przywództwa.

Niebezpieczeństwa takiej samoizolacji rządów jawią się jeszcze wyraźniej w obliczu kryzysu euro. Żaden polityk w Europie nie ma najmniejszego pojęcia, jak sobie z nim radzić, dokładnie dlatego, że każdy polityk w Europie spędził ostatnie dziesięciolecia na unikaniu podejmowania poważnych rozstrzygnięć, na unikaniu odpowiedzialności, na unikaniu sytuacji, gdy trzeba być tym, który innych poprowadzi za sobą.

Rozwój koncepcji „perspektywy unijnej”, idei, że przywództwo polityczne jest zbyt trudne i że lepiej zdać się na technokratyczny proces podejmowania decyzji, spowodował znaczne pogłębienie obecnego kryzysu.

Eurosceptycy na salonach

Eurosceptycy popełniają jednak błąd traktując Brukselę jako jedynego i głównego niszczyciela demokracji, jako rozszalałą bestię pożerającą „prawdziwych” Anglików, irlandzkich farmerów, biednych Greków. Jest tak dlatego, że proces integracji europejskiej zawsze polegał na zrzekaniu się przez rządy władzy politycznej i suwerenności na rzecz Unii.

Wskazujący na „złą Brukselę” jako głównego winowajcę eurosceptycy nie różnią się aż tak bardzo od kłaniających się „dobrej Brukseli” euroentuzjastów. Eurosceptycyzm wchodzi tymczasem na salony. Od prezydenta Hollande’a we Francji po Syrizę w Grecji, wielu polityków oskarża dzisiaj Brukselę o rozwalanie Europy.

Jednak te ataki na Brukselę mają również na celu zdjęcie odpowiedzialności z rządów narodowych. Kiedy Hollande przedstawia Francję jako ofiarę unijnych decyzji, gra w tę samą grę, w jaką grały rządy, które niegdyś z radością te decyzje witały – próbuje zdjąć odpowiedzialność z własnych instytucji za to, co stało się w jego kraju.

Tę schizofreniczną postawę wobec Unii najlepiej odzwierciedla to, jak postrzegana jest dzisiaj Angela Merkel. Prawie zaczyna mi być jej żal. Przez jednych przedstawiana jest jako wiedźma, która zniszczyła Europę, niemal jak Hitler. Inni widzą w niej potencjalnego zbawcę kontynentu, a politycy wzywają, by uratowała strefę euro i pomogła krajom zmagającym się z kryzysem.

Jest to objawem infantylizmu w postrzeganiu nie tylko niemieckiej kanclerz, lecz Unii w ogóle. Silna Unia ma być zagrożeniem, podobnie jak Unia słaba; jedni widzą w niej niszczyciela krajów członkowskich, inni sądzą, że nie robi wystarczająco wiele, by kraje członkowskie ratować. Przypomina mi się stwierdzenie Homera Simpsona na temat piwa – że jest ono „przyczyną i rozwiązaniem wszystkich problemów tego świata”.