Wyobraźmy sobie Angelę Merkel, która grozi wyrzuceniem z Republiki Federalnej Turków niemających prawa pobytu, ponieważ nie spodobały się jej jakieś słowa Ankary na temat Zagłady. Reakcja pani kanclerz wywołałaby wielkie oburzenie, ponieważ wszyscy oczekują od Niemiec poczucia odpowiedzialności za ten najbardziej ponury rozdział ich historii oraz poszanowania międzynarodowego prawa, wykluczającego jakąkolwiek zbiorową odpowiedzialność.

A przecież żaden europejski kraj ostro nie zareagował, kiedy turecki premier, zirytowany napływającymi zewsząd napomnieniami związanymi z ludobójstwem Ormian, zagroził w zeszłym tygodniu wydaleniem „100 000 obywateli Republiki Armenii przebywających nielegalnie w Turcji”. Cisza, jaka zapadła po słowach Recepa Tayyipa Erdogana jest zadziwiająca. Unia Europejska zamilkła, nie przemówiła w żadnym ze swoich urzędowych języków.

Dlaczego? Nie śmielibyśmy sądzić, że europejskie władze pogodziły się z myślą, że Turcję, która jest skądinąd krajem kandydującym, należy traktować jako kraj szczególny i mierzyć ją inną miarą niż wszystkich innych, nie według zasad i wartości, które podobno Unii przyświecają. Nie o to jednak chodzi: europejskie władze zachowują się tak, jakby się bały „Turcję utracić”. Zrazić do siebie siedemnastą potęgę przemysłową świata, europejską oś zaopatrzenia w energię, „narzędzie w rozgrywce strategicznej Zachodu” i „pomost między cywilizacją judeo-chrześcijańską i muzułmańską”.

Jak rozmawiać, by się nie dogadać

Jednak ci sami wysocy urzędnicy w prywatnych rozmowach przyznają, że – mimo wyraźnego postępu – Turcji daleko jeszcze do spełnienia podstawowych wymogów europejskiej demokracji. Jej konstytucja (projekt nowelizacji ustawy zasadniczej przedłożony został 22 marca w parlamencie) i kodeks karny zawierają artykuły nie do pogodzenia z porządkiem prawnym panującym na kontynencie. Wojsko, choć znalazło się w defensywie, nadal jest zbyt silne. Sprawa kurdyjska drepcze w miejscu. Uznanie ludobójstwa Ormian pozostaje tematem tabu mimo tysięcy podpisów zebranych pod apelem „Prosimy o wybaczenie”, wystosowanym przez postępowych tureckich intelektualistów. I chociaż AKP, muzułmańska partia konserwatywna sprawująca władzę, określa się jako ugrupowanie umiarkowane, to za jej rządów następuje powolna islamizacja społeczeństwa i instytucji.

Europejscy zwolennicy przystąpienia Turcji do UE, sami mając co do tego wątpliwości, zastanawiają się, jakiego wybiegu będą musieli użyć, żeby przekonać niezbyt życzliwą tej decyzji opinię publiczną. Ale jest coś, co ich już teraz niepokoi ‒ coraz bardziej wyczuwalne podenerwowanie Ankary ich niezdecydowaną postawą. Wprawdzie koła rządzące znad Bosforu głoszą wszem wobec, że chcą się zakotwiczyć w Europie, ale zarazem dają coraz częściej do zrozumienia, że mają inne możliwości i że mogą wybrać własną drogę.Świadoma swoich demograficznych, gospodarczych, kulturowych, geopolitycznych i tak świeckich, jak i religijnych zalet Turcja nie uważa już siebie za kraj z obrzeży Europy, którego zadaniem jest obrona interesów Zachodu w jednym z najbardziej niespokojnych regionów świata.

Jest w swoim mniemaniu „krajem centralnym”, zdolnym samodzielnie zdefiniować swoją politykę i swoje interesy. Uczyniła to już w sprawie Iraku, Izraela i Iranu, dystansując się od stanowiska europejskiego i amerykańskiego.Przyjęła wprawdzie niektóre „żądania Brukseli”, ale teraz wydaje się mniej skłonna do „ustępstw”. Odkryła w trakcie długiego procesu negocjacji, co naprawdę oznacza znalezienie się w unijnych strukturach, a zwłaszcza to, że przystąpienie wiąże się z utratą suwerenności i zakwestionowaniem podstawowych elementów tureckiego systemu państwowego i tureckiej kultury politycznej.

Kwestia wartości

Innymi słowy, gdyby Turcja została członkiem Unii Europejskiej, zachowując to, co znaczna część jej przywódców i opinii publicznej uważa za niepodlegające negocjacjom (ostry nacjonalizm, prymat islamu sunnickiego, „tureckość” itp.), oznaczałoby, że europejską demokrację należy pojmować inaczej niż dotąd.

„Kwestii tureckiej” nie da się rozwiązać za pomocą formuły opt-out (wyłączenia) na angielską czy duńską modłę, ponieważ zakłada ona budowę postnacjonalistycznego i pluralistycznego modelu politycznego leżącego u podstaw europejskich struktur. Tymczasem w Turcji nie jest on tak naprawdę jasny ani akceptowany przez elitę „laicko-liberalną” czy „modernistyczno-muzułmańską”, coraz liczniejszą, chociaż wciąż jeszcze będącą w mniejszości.

Tak oto Turcja oraz Unia Europejska znalazły się pod ścianą. I jedna, i druga będzie musiała jasno określić wartości, od których nie będzie mogła we własnym mniemaniu odstąpić. Nie ma to nic wspólnego z kalkulacjami strategów i ludzi interesu. Czas się zmierzyć z wielkimi pytaniami na temat planów i losów naszych społeczeństw. W tej egzystencjalnie ważnej chwili nie tylko Turcja się niecierpliwi.