Problemy na szczeblu unijnym przekładają się automatycznie na problemy dla rządu brytyjskiego, niezależnie od jego orientacji politycznej.

Kryzys euro dobitnie to obrazuje. Rzucając światło na trwałą słabość ukrytą w samej idei wspólnej waluty – nie da się bowiem narzucić finansowej dyscypliny państwom o tak zróżnicowanych gospodarkach – kryzys euro jest kolejną okazją dla eurosceptyków do powtórzenia swojej ulubionej śpiewki: „A nie mówiłem?”. Ponadto, oczywiste rozwiązanie, jakim jest zaawansowana unia fiskalna, mogłoby zagrozić dominacji londyńskiego City [dzielnicy uważanej za centrum finansowe Europy], dając eurosceptykom narzędzie wyborcze, z którego nie omieszkają skorzystać.

Przemówienie [eurosceptycznego ministra obrony w latach 2010–2011] Liama Foxa wygłoszone na spotkaniu Stowarzyszenia Podatników stanowiło ostatnią salwę skrzydła Partii Konserwatywnej, które, mając z ograniczone pola manewru wynikające z koalicji [z proeuropejskimi Liberalnymi Demokratami], jest sfrustrowane i opowiada się za bliższą współpracą z odradzającym się UKIP [Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa]. Domagają się referendum, ale nie wiadomo dokładnie, w jakiej sprawie Brytyjczycy mieliby się opowiedzieć – czy pytanie referendalne dotyczyłoby stosunków Wielkiej Brytanii z UE, czy w ogóle dalszej przynależności do UE? Na razie, trzeba to powiedzieć, było to bardzo przewidywalne, ale i przygnębiające.

Połknięcie referendalnej przynęty

Jeszcze bardziej przygnębiający jest jednak sposób, w jaki premier nieroztropnie połknął tę referendalną przynętę. Do niedawna zarówno jemu, jak i ministrowi finansów udawało się, mniej lub bardziej wiarygodnie, utrzymywać, że pozostawanie poza strefą euro jest korzystne dla Wielkiej Brytanii, ale jednocześnie sukces euro jest w interesie kraju. Przekaz nie był prosty do pojęcia, ale nie był też absurdalny. Trudności strefy euro bez wątpienia oddziaływają na gospodarkę Wielkiej Brytanii, a upadek wspólnej waluty na pewno pogorszyłby jeszcze sytuację. Cameron powinien był pozostać przy tym przekazie i zignorować apel o zorganizowanie referendum; zawsze mógłby zrzucić winę na Liberalnych Demokratów, gdyby szukał alibi.

Pokazując, że pertraktuje z tymi, którzy chcą referendum, jak to zrobił w The Sunday Telegraph, premier nie rozwiązuje problemu. Wręcz przeciwnie, zachęca ich to do powtarzania tego coraz głośniej, po czym mogą się obrazić, jeżeli się okaże, że nic z tego nie wyszło. I właśnie tak się stało. Eurosceptycy zapamiętali z artykułu Camerona, że jest otwarty na możliwość przeprowadzenia referendum, mimo że tekst zawierał głębszą myśl. W rzeczywistości stwierdził, że „nie jest przeciwko referendom europejskim”, co jeszcze nie świadczy o tym, że jest jednoznacznie „za”.

Brak politycznej spójności

Premier w jasny sposób zadeklarował się przeciwko „pochopnemu rozstrzyganiu w głosowaniu o wyjściu z Unii”, ale nie wykluczył takiej możliwości w dalszej perspektywie. Końcowy efekt jest taki, że wzbudził wśród wyborców przeciwnych dalszemu członkostwu w UE nadzieje na referendum zaledwie kilka dni po tym, jak rozwiał wszelkie wątpliwości w tej sprawie w Brukseli, odrzucając ten pomysł. Ukazuje się więc jego brak politycznej spójności, który nakłada się na odczuwaną słabość wobec eurosceptyków. Cameron nie wyjaśnił również swojego stanowiska podczas wczorajszego wystąpienie w Izbie Gmin.

Premier powinien wiedzieć, że lekkomyślne ustępstwa wobec eurosceptyków z jego partii będą mogły się odwrócić przeciwko niemu. Wywiązując się z zobowiązania dotyczącego odłączenia europosłów brytyjskiej Partii Konserwatywnej z centroprawicowej frakcji w Parlamencie Europejskim [Europejskiej Partii Ludowej], zaszokował swoich europejskich sojuszników i osłabił brytyjską pozycję w Europie. Pokazując dwuznaczne podejście do referendum, będzie tylko budził kolejne wątpliwości co do wiarygodności jego europejskich zobowiązań.

Premier z klarowną większością ma ten komfort, że nie musi dogadywać się z każdą partyjną frakcją i jest to tym bardziej prawdziwe, jeżeli jest w koalicji rządowej. Kryzys euro jest na tyle poważny, że Cameron nie musi do tego dokładać brytyjskiego dramatu politycznego.