„Jeśli Europa nie zareaguje, zostanie zmarginalizowana i zalana przez kraje wschodzące”… Można by zarzucać Frédérikowi Martelowi, że dramatyzuje, gdyby nie to, że ma na to dowody. Objechawszy świat, przedstawił je czterystupięćdziesięciostronicowej książce „Mainstream”.

Mainstream to kultura epoki cyfrowej adresowana do masowego odbiorcy, kultura, „która wszystkim się podoba”, jak mówi podtytuł książki. To również branża przemysłu, która jest coraz bardziej znaczącym wytwórcą PKB wszędzie na świecie i która stała się terenem ostrej rywalizacji globalnych koncernów stojących wobec wyzwań gospodarczych, ale i walki o wpływy, ponieważ kultura to „soft power”, władza, która nie wynika z siły oręża, lecz z siły tworzenia.

Podczas swojej podróży dookoła świata, której celem była ocena skutków rewolucji cyfrowej, dwóch dekad globalizacji i pojawienia się południowych potęg, Frédéric Martel, naukowiec i dziennikarz (France-Culture, NonFiction.fr). odwiedził oczywiście Stany Zjednoczone, mekkę „mainstreamu”, ale i „debiutantów”: Bombaj, Szanghaj, Seul czy Dubaj.

Jego wnioski nie są ani trochę zaskakujące – Stany Zjednoczone są nadal „niekwestionowanym liderem” globalnego rynku. Co więcej „nie tylko eksportują produkty swojej kultury, ale i swoje wzorce. Uderzyło mnie to, tak w Damaszku, jak w Pekinie, w Hue, w Tokio, a nawet w Rijadzie i Caracas, jak bardzo moi rozmówcy są zafascynowani amerykańskim modelem rozrywki. Ich słowa pochodzą z języka hindi lub z języka mandaryńskiego, ale składnia jest amerykańska”.

Innymi wygranymi tego rozdania, którego właśnie jesteśmy świadkami, są oczywiście kraje wschodzące: Chiny, Indie, Brazylia czy kraje Zatoki Perskiej, które swój przemysł produktów kultury budują dzięki petrodolarom.

Dwaj wielcy przegrani: Europa i kraje Południa

Z pasjonujących badań przeprowadzonych przez Frédérika Martela wynika, że nowa sytuacja ma i swoich przegranych. Europę, która znajduje się w fazie schyłkowej, i „innych”, czyli kraje południowe, które nie są tak duże lub tak zasobne jak te wschodzące i są skazane na import dźwięków i obrazów z zagranicy.

Udział Europy w światowym eksporcie filmów, programów telewizyjnych i muzyki (wydawnictwa trzymają się lepiej, jak zaznacza Martel) od dziesięciu lat maleje w tempie 8% rocznie, tymczasem udział USA rośnie o 10%. Europa jest nadal numerem dwa w tej branży, ale jej rola się zmniejsza.

Na europejską produkcję ma wpływ wiele niekorzystnych czynników. Po pierwsze rozdrobnienie – wprawdzie przyjmuje się do celów statystycznych, że Europa stanowi w dziedzinie kultury jeden rynek, ale przecież istnieje w niej 27 krajów, „których zbyt wiele nie łączy”. Innym czynnikiem wpływającym negatywnie na wielkość produkcji rozrywkowej jest starzenie się społeczeństw.

„Europejska definicja kultury historycznej i patrymonialnej, często elitystyczna, sprzeczna z mainstreamem, nie za bardzo pasuje do czasów globalizacji i epoki cyfrowej”. Ale na tym się nie kończy, jest jeszcze wrodzona nieufność do Internetu czy „często występująca niechęć wobec wytworów kultury imigrantów i ich dzieci”. Autor dodaje: „Ostatnim, najpoważniejszym problemem, z jakim się boryka Europa, odróżniającym ją wyraźnie od Stanów Zjednoczonych, ale i od świata arabskiego, niewykluczone, że i od Afryki, a może nawet od Azji, jest zanik wspólnej kultury.

Kultura na przemiał

Gdy przyjrzymy się z bliska europejskim statystykom jej dotyczącym, stwierdzimy, że każdy kraj potrafi skutecznie chronić swoją narodową muzykę, literaturę, czasem kino, często programy telewizyjne, ale reszta treści artystycznych, ta nienarodowa, jest coraz bardziej zamerykanizowana i coraz mniej europejska. By sparafrazować słynne powiedzenie Thomasa Jeffersona, wygląda to trochę tak, jakby każdy Europejczyk miał dzisiaj dwie kultury: kulturę swojego kraju i amerykańską”.

To brutalne, dość przygnębiające stwierdzenie. Esteci będą sobie pewnie z niego podkpiwać, chętnie wyrzekając się mainstreamu na rzecz Amerykanów czy Chińczyków, pod warunkiem, że istota kultury francuskiej pozostanie nietknięta. I na tym polega ich błąd, ponieważ osłabienie globalnego przemysłu wytworów kultury odbije się na wszystkich dziedzinach, w tym na naszej zdolności do produkowania rzeczy sytuujących się poza mainstreamem i do odrzucania kulturowej papki.

Frédéric Martel apeluje do nas, byśmy wzięli to pod uwagę i jakoś na to zareagowali. Zauważa, że jeśli jego książka zdoła „uzmysłowić Europejczykom znaczenie soft power i skłoni ich do zredefiniowania swojej postawy w nowej międzynarodowej sytuacji, będzie uważał, że wypełnił swoją misję”. Nie jest to wcale oczywiste, ale książka może dać asumpt do dyskusji.