„Co zrobiłby świat bez portugalskiego kina?” Na jednym z przedmieść Porto filmowcy, producenci i krytycy kina, zebrani przy okrągłym stole, są podzieleni wobec tego na wpół prowokacyjnego, a na wpół niepokojącego pytania. Pomysł, żeby zaprosić ich na debatę narodził się na festiwalu Curtas Vila do Conde – jednym z najlepszych w Europie w dziedzinie filmów krótkometrażowych. W atmosferze przytłumionej euforii świętowano tam (od 7 do 15 lipca) dwudziestą edycję tej imprezy. Paradoksem jest – co było źródłem pewnego napięcia – że ta narodowa specjalność twórcza zarazem jest pełna życia i pogrążona w kryzysie.

Bogaty program festiwalu mógł robić wrażenie, że odzwierciedla tylko żywotność i spontaniczną kreatywność. Czyli dzieła o tych samych walorach, które uświetniają teraz wszystkie wielkie festiwale. W maju João Pedro Rodrigues ze swoim filmem Morrer Como Um Homem (Umrzeć jak mężczyzna) pokazał w Cannes skalę możliwości krótkiego metrażu, a w sierpniu przedstawi w Locarnoswój nowy film długometrażowy. W lutym w Berlinie portugalskie kino dało o sobie znać, zdobywając jednocześnie Złotego Niedźwiedzia w krótkim metrażu – za film Rafa Joao Salviza, reżysera, który już przed trzema laty zdobył Złotą Palmę – oraz nagrodę za nowatorstwo przyznaną Miguelowi Gomesowi za imponujące Tabu sprzedane już do 46 krajów.

Producent Luis Urbano krzywi się jednak. Od kilku miesięcy rozmach jego przedsięwzięć wyhamowuje. Polityka nowego, prawicowego rządu, który doszedł do władzy przed rokiem, opiera się na populizmie niechętnym wszelkiej działalności na rzecz sztuki do tego stopnia, że pozbawiono kulturę jej ministerstwa i zamrożono subwencje dla ICA – Krajowego Centrum Kinematografii – którego kasy są puste. „Cofając się w przeszłość, powiedzmy, że państwo nigdy nie dawało pieniędzy na filmy bezpośrednio”, tłumaczy Urbano. „Dawny, nieistniejący już, system opierał się na opodatkowaniu reklamy w telewizji, z przeznaczeniem na kino”.

Podwójny kryzys

Z owoców takiego stanu rzeczy korzystały w równym stopniu twórczość filmowa i świetna lizbońska filmoteka. Ewolucja rynku, a potem jego załamanie, związane z ogólnym stanem gospodarki ze względów ekonomicznych sprawiły jednak, że system się załamał. W istocie kryzys jest podwójny. Środków przeznaczonych na wsparcie projektów filmowych nie wypłaca się od dwóch lat. A umieszczone w przez państwo w lodówce ICA nie rozpisało żadnego konkursu na subwencje tegoroczne. „Dla portugalskiego kina jest to rok zerowy”, stwierdza Urbano.

Jego firma O Som e a Fúria – główny filar nowego lizbońskiego kina autorskiego, obecnie producenta także filmów Manoela de Oliveira (który pragnie nakręcić swój następny długi metraż w Brazylii, a wkrótce skończy 104 lata!) opiera się na fundacjach dostatecznie solidnych, by nie odczuwać zagrożenia – przynajmniej na krótką metę. Ale wokół niego wielu producentów, o bardziej kruchych podstawach, zamyka drzwi na kołek, podczas gdy aktorów, reżyserów i techników filmowych dotyka gwałtowna pauperyzacja.

Kalendarzowy przypadek chciał, że w przededniu otwarcia festiwalu, 6 lipca parlament przyjął projekt nowej ustawy o kinematografii, przewidujący niemal podwojenie przeznaczanych na nią środków, co pozwoli odblokować twórczość filmową. Pomyślny wynik tego głosowania to nie wszystko, potrzebne są jeszcze ustalenia wykonawcze, żeby ustawa mogła wejść w życie wraz z początkiem nowego sezonu. Nic jednak na razie nie wskazuje, by pieniądze mogły powrócić do filmowców przed końcem roku.

Promyk nadziei

O ile zamierzone innowacje są dobrze postrzegane przez wszystkich albo prawie wszystkich, to irytacja wobec władzy nie słabnie ani trochę. Wielu Portugalczyków wskazuje na oportunizm pozbawionego polityki kulturalnej rządu, który dzięki tej nowej ustawie, wypracowanej i odłożonej na bok przez lewicę, ale wyretuszowanej i zaaprobowanej na prawicy, znalazł sposób na uratowanie twarzy bez wyłożenia nawet jednego centyma z kasy państwa.

„Na początku roku ogarniała nas zupełna beznadzieja”, zapewnia filmowiec João Nicolau. „Nagrody zdobyte przez Salvizę i Gomesa spadły na nas jak nieoczekiwany cud. Władza poczuła się zmuszona do reakcji, gdyż nie dało się negować międzynarodowego promieniowania kraju, dzięki portugalskiej kinematografii”.

„Nagle stało się coś takiego, jak gdybyśmy zdobyli medale na olimpiadzie”, podkpiwa Miguel Gomes. Gdy został nagrodzony w Berlinie za „Tabu”, podkreślał szczególnie swój szacunek do zapoczątkowanej przed 50 laty portugalskiej nowej fali. „Dzięki pamięci o niej (...) korzystamy z niezrównanej tradycji wolnościowej – która teraz jest zagrożona i która się utrzymuje tylko dzięki zdolności naszych filmów do odbywania podróży”. Okrągły stół filmowców mógł więc odpowiedzieć na swoje kluczowe pytanie – pytaniem innym: „Co zrobiłaby kinematografia portugalska bez reszty świata?”.