Wydaje się, że nawałnica, która rozpętała się nad Grecją i Europą, nad giełdami i długiem publicznym jest nową „doskonałą burzą”. Financial Times najwyraźniej się nie mylił, gdy na początku lutego ostrzegał cały świat: uwaga fundusze hedgingowe mają w kabzie od 8 do 10 miliardów dolarów na lokatach krótkoterminowych i są gotowe rzucić je na rynki, aby grać na załamanie strefy euro pod ciężarem zadłużenia. Atak już nastąpił i efekt domina jest więcej niż możliwy. Ta „krwawa łaźnia”, która kosztowała już 160 miliardów euro, jest pouczająca. Chodzi o dwie zasadnicze sprawy.

Lekcja pierwsza

Rynki pokazują nam palcem coś wysoko na niebie. Idioci jak zawsze gapią się na palec i nie widzą księżyca. Palec to Grecja. Kraj, który dziś się załamuje. Po kolejnym obniżeniu wyceny greckie papiery dłużne stały się obligacjami „śmieciowymi”. Według amerykańskich banków inwestycyjnych jest to najbardziej ryzykowny na świecie interes na rynku papierów krótkoterminowych. W tych warunkach, im uporczywiej Grecja poszukuje zasobów właśnie na rynku, tym bardziej zaciska pętlę na szyi swoich finansów publicznych. Im bardziej stara się uratować, tym mocniej się dusi. Wszystko to z góry przewidziano. A ci, którzy dziś wyglądają na zapłakanych, w rzeczywistości leją krokodyle łzy.

Ale w bezwzględnej logice spekulantów Ateny to tylko wabik. To nie one są prawdziwym celem. Rzeczywisty cel, ów księżyc, którego nie widzimy, jest nieporównanie większy, to samo euro. W puli, na środku zielonego stolika, przy którym walczą państwa i rynki, znajduje się unia walutowa. Pokazuje to ofensywa rozpoczęta już przeciwko Portugalii, oto kolejny kraj, któremu obniżono wycenę długu i który jest już na dobrej drodze, aby podzielić los Grecji. To kolejna ofiara, która ma zostać poświęcona.

Ale na razie mielibyśmy jedynie do czynienia z bankructwem dwóch peryferyjnych gospodarek strefy euro. Katastrofa może się zacząć zaraz potem. Tragedia grecka, portugalskie fado, po którym nastąpi śródziemnomorski dramat: Hiszpanię i Włochy spekulanci też już wpisali na czarną listę. „Pigs” czy nie „Pigs”, chodzi tu jednak o trzecią i czwartą gospodarkę eurolandu.

A więc o kraje uważane za „too big to fail”, to znaczy za zbyt duże, aby mogły upaść, gdyż są one też „too big to bail out” – za wielkie, aby im pomóc. Jest jasne, że kiedy, i jeśli, przyjdzie kolej na Rzym i Madryt, to będziemy już wówczas dyskutować o zupełnie innym świecie i innej Europie. To jest właśnie ów księżyc, który spekulanci mają na celowniku. Rynki obstawiają upadek unii walutowej. A nowina jest taka, że wygrywają.

Lekcja druga

I stąd właśnie płynie druga nauka. Rynki biorą właśnie górę, bo państwa idą w rozsypkę. Zwłaszcza jeden kraj wyłamuje się bardziej niż inne. Francusko-nimiecka oś, która kierowała Europą w kluczowych momentach, rozpadła się i kanclerz Angela Merkel jest dziś sama wobec reszty kontynentu. Grecki krach i euromajaczenia wywołane przez zły i być może nigdy nie przetrawiony przez Niemców plan pomocowy pokazują dziś inne oblicze Republiki Federalnej.

W trakcie tej „doskonałej burzy” szalejącej w ostatnich miesiącach niemieckie stanowisko jest „spójne, lecz błędne”, jak w połowie marca napisał Wolfgang Munchau na łamach Financial Timesa. W przeciwieństwie do tego, co działo się w najpiękniejszych momentach niemieckiej historii ostatnich dwóch dekad (od czasu zjednoczenia), dzisiejsze Niemcy traktują swoją odpowiedzialność względem Europy egoistycznie i jednostronnie. Nawet szczyt europejski zwołany w trybie pilnym 27 kwietnia, w sytuacji gdy Grecja jest na progu bankructwa, a rynki finansowe w stanie zapaści, został podporządkowany sprawie ściśle „domowej”: wyborom w Nadrenii Północnej-Westfalii wyznaczonym na 9 maja.

Rząd Merkel, przesunięty w prawo przez liberałów pod wodzą wicekanclerza Guido Westerwellego, nie może i nie chce dopuścić do tego, aby opinia publiczna w kraju odniosła wrażenie, że ustępuje wiecznym „południowcom”, to jest zbyt rozprężonym i bezradnym krajom z „Club Med”. Poprzez swoją postawę „opornego proeuropejczyka” Niemcy włożyły spekulantom wspaniałą broń do ręki. Jeśli euroland nie jest zdolny przyjąć identycznych, wspólnych dla wszystkich reguł w kwestii dyscypliny rachunków publicznych, stabilności cen, konkurencyjności gospodarki, to wówczas wspólna waluta nie może ostać się na dłużej.

Spekulanci z całego świata to rozumieją i właśnie dlatego niczym sfora psów rzucają się na najsłabszych członków grupy. Niemieccy rządzący i obywatele boją się tego i właśnie dlatego zdają się już zwracać ku koncepcji „innej” strefy euro, czyli unii walutowej ograniczonej do grona krajów, które przyjmują wspólne normy w sprawie dyscypliny finansowej i kontrolowania inflacji.

Zgodnie z tym scenariuszem mielibyśmy już nie jedną, ale dwie wspólne waluty: euro pierwszej kategorii dla krajów Północy spełniających wyśrubowane kryteria dyscypliny fiskalnej i euro drugiej kategorii dla mniej zdyscyplinowanych krajów Południa. Niemieccy ekonomiści i anglosascy bankierzy, tacy jak Taylor Martin, otwarcie stworzyli teorie idące w tym duchu i wymyślili nawet nazwę dla tych nowych walut: „neuro” i „sudo”. Wygląda to na jakąś igraszkę, ale nią nie jest. Europejskie rządy tego nie zrozumiały i nadal baraszkują u podnóża wulkanu.