Niezależnie od odwiecznej magii sportu, organizatorzy igrzysk olimpijskich i sponsorujące je międzynarodowe koncerny szermują zwykle trzema argumentami, aby usprawiedliwić związane z tą imprezą olbrzymie koszty, pokrywane z publicznych pieniędzy: ponad 15 miliardów euro w przypadku olimpiady w Londynie, jak wynika z raportu brytyjskiego Parlamentu, czyli siedmiokrotnie więcej niż przewidziano w przeznaczonym na ten cel budżecie, opracowanym w 2005 r.

Po pierwsze, dowodzą, igrzyska mają bezpośrednie przełożenie na gospodarkę, ponieważ przyciągają setki tysięcy uczestników i turystów. Co więcej, obecność tysięcy szefów wielkich, globalnych firm stwarza liczne okazje do pozyskania inwestorów. Brytyjski premier David Cameron, stwierdził w ubiegłym tygodniu, że dywidenda z igrzysk dla krajowej gospodarki wyniesie blisko 16 miliardów euro.

Po drugie, olimpiada i inne wielkie imprezy wymuszają odnowienie podupadających dzielnic, takich jak londyński East End, gdzie zbudowano stadion i wioskę olimpijską. Igrzyska w 1992 r. w Barcelonie są przytaczane jako wyrazisty przykład tego, że ta sportowa impreza może stać się katalizatorem modernizacji miasta.

I po trzecie, zwłaszcza gdy się pamięta o epidemii otyłości, na którą cierpią społeczeństwa prowadzące coraz bardziej siedzący tryb życia, umięśnione sylwetki takich gwiazd sportu jak Jessica Ennis czy Usain Bolt mogą jedynie zachęcić zwykłych ludzi do ćwiczeń fizycznych.

Zderzenie z rzeczywistością

„To wszystko jest bardzo dziwne, bo, jak wynika ze wszystkich przeprowadzonych dotąd badań, żaden z tych trzech argumentów nie odpowiada rzeczywistości”, mówi Mark Perryman, autor książki „Why the Olympics aren't good for us” („Dlaczego igrzyska olimpijskie wcale nie są dla nas zdrowe”, wydanej przez OR Books w 2012 r.).

Ten komentarz może się wydawać zbyt bezwzględny. Jednak minął zaledwie tydzień od rozpoczęcia zawodów w Londynie i już było jasne, że pierwszy z tych proolimpijskich argumentów się nie potwierdził. Zwykle każdego roku w sierpniu Londyn odwiedza półtora miliona turystów z kraju i z zagranicy i szacuje się, że połowa z nich postanowiła tym razem nie przyjeżdżać, żeby uniknąć problemów logistycznych z powodu tej sportowej imprezy, jak twierdzi Michael Burke, ekonomista związany z byłym burmistrzem Londynu, Kenem Livingstonem. „Ten fakt tylko częściowo rekompensuje przyjazd, jak się szacuje, 800 000 turystów olimpijskich”. A ci wszyscy zwyczajni w tym roku nie przyjechali, co odbije się negatywnie na naszej gospodarce”, uważa Burke.

Jedyne przedsiębiorstwa, które w ostatnich tygodniach w Londynie osiągają zyski większe niż zazwyczaj, to sklepy należące do międzynarodowych sieci w nowym, olbrzymim centrum handlowym Westfield, zbudowanym obok parku olimpijskiego w Stratford, stanowiącym własność australijskiej agencji obrotu nieruchomościami.

Nie ma również powodu przypuszczać, że pozytywny efekt gospodarczy utrzyma się po igrzyskach. W Grecji w kilku latach poprzedzających Olimpiadę (1997–2004) odnotowano wzrost PKB o 1,5 procent. Potem jednak, ten pozytywny efekt „się załamał, żeby nie powiedzieć, że zniknął zupełnie”, mówi Evangelia Kasimati, ekonomistka greckiego pochodzenia z Uniwersytetu w Bath, która właśnie opracowała raport dotyczący igrzysk w Atenach.

Nowe miejsca pracy nie przetrwały długo

Nowe miejsca pracy przy budowie obiektów olimpijskich oraz przy zapewnieniu bezpieczeństwa i pomocy przyjezdnym nie przetrwały długo. W trzech miesiącach po zawodach w greckiej stolicy w 2004 r. zlikwidowano 70 000 miejsc pracy, głównie w firmach budowlanych, jak twierdzi pani Kasimati. To samo dotyczy setek tysięcy przewodników, asystentów i ochroniarzy, zatrudnionych w ostatniej chwili przez prywatne firmy, takie jak G4S.

Z dalszej perspektywy widać, że pozytywny wydźwięk tamtych igrzysk olimpijskich „sfinansowanych wyłącznie z funduszy publicznych”, jak wspomina Evangelia Kasimati, był bardzo skromny. Wielu Greków uważa dziś, że impreza nasiliła jedynie tendencję do marnotrawstwa publicznych pieniędzy, zakorzenioną już wcześniej w tamtejszych urzędach. Budowa obiektów sportowych oraz nowej sieci metra i tramwajów zapewniła pracę zagranicznym firmom, takim jak Siemens oraz sławnym na całym świecie architektom, takim jak Santiago Calatrava, ale koszty, jakie ponieśli podatnicy, były ogromne – 12 miliardów euro, czyli czterokrotnie więcej, niż przewidywał początkowy budżet. Państwo greckie próbuje teraz odsprzedać po kosztach własnych niektóre obiekty, co stanowi część realizowanego tam programu przymusowej prywatyzacji.

Model urbanistycznej transformacji, narzucony przez igrzyska olimpijskie niekiedy oznacza odwrócenie świata do góry nogami. „Zarówno w Atenach, jak i w Sydney, wiele wysiłku wymagało znalezienie jakiegoś zastosowania dla parku olimpijskiego”, mówi Beatriz García, ekspertka z Uniwersytetu w Liverpoolu.

Co się tyczy transformacji East Endu, Beatriz García, jest większą optymistką niż Sinclair czy Perryman. „Jest to miejsce o kreatywnym klimacie i dużych możliwościach rozwoju gospodarczego. Z czasem, podobnie jak to miało miejsce w Barcelonie, wokół wioski olimpijskiej i kompleksów sportowych powstanie nowa dzielnica”. Ale, tak samo jak w Barcelonie, wiele osób zastanawia się, jakiego rodzaju będzie to dzielnica?

Niewiele też świadczy o prawdziwości trzeciego proolimpijskiego argumentu. „Jedynie w pojedynczych przypadkach udział publiczności w imprezach sportowych przynosi pozytywne efekty, przestrzegają autorzy raportu „A lasting legacy for London” (Długotrwałe dziedzictwo Londynu). Po olimpiadzie w Sydney odnotowano jedynie wzrost liczby osób uprawiających aerobik. Bezpośrednio po igrzyskach w Atenach, zaobserwowano wprawdzie wzrost zainteresowania sportem, ale potem wróciło ono do poprzedniego poziomu.