Albania-UE: „Wpuście nas, dranie!”

Na ulicach Tirany po ogłoszeniu decyzji UE o zniesieniu wymagań wizowych wobec Albańczyków w 2010 r.
Na ulicach Tirany po ogłoszeniu decyzji UE o zniesieniu wymagań wizowych wobec Albańczyków w 2010 r.
Gazeta Wyborcza (Warszawa)

Ze wszystkich państw wyrażających wolę przystąpienia do UE „Kraj Orłów” wydaje się najbardziej zmotywowany. Ale szanse na otrzymanie statusu kraju kandydującego są w tej chwili dość mizerne, gdyż pozostaje jeszcze wiele do zrobienia. Reportaż z granicy z Grecją, gdzie natężenie ruchu imigrantów odzwierciedla sytuację gospodarczą. excerpts.

Miasteczko Konispol to kilkadziesiąt domów rozrzuconych na wzgórzach. Przenocować można niemal w każdym z nich, za kilka euro. W każdym można też pytać o kogoś, kto przeprowadzi przez granicę – do Grecji w linii prostej są tu niecałe dwa kilometry.

Żeby dotrzeć do Konispola, trzeba się nieźle napocić. Albańczycy walczą, by Unia Europejska uznała ich oficjalnie za kandydata do członkostwa. Jednym z warunków jest uszczelnienie granicy uznawanej za piętę achillesową całej Wspólnoty, więc już kilkanaście kilometrów od miasteczka zaczynają się checkpointy.

To, że Grecy ostatnio nie są zbyt restrykcyjni w wyłapywaniu nielegalnej emigracji, przyznają też policjanci z niedalekiego Gjirokastër, stolicy regionu. – Ciśnienie z ich strony bardzo zelżało – zauważa jeden z nich. – Nie wiem, czy to jakaś strategia, czy po prostu ogólne rozprężenie.

W listopadzie Bruksela ma odpowiedzieć, czy uzna Albanię za oficjalnego kandydata do Wspólnoty. Albańczycy sączą kawę za kawą – napój narodowy – i próbują rozgryźć, gdzie jest ich miejsce na europejskiej szachownicy.

– Szanse mamy marne – marszczy brwi Gjergj Erebara, publicysta dziennika Shqip. – Rządząca Demokratyczna Partia Albanii zrobiła z Unii takiego króliczka, którego trzeba gonić, ale nie wolno go złapać, bo musiałaby się skończyć korupcja i wiele miejscowych układów.

Edi Rama, lider Socjalistycznej Partii Albanii, głównej partii opozycyjnej, nie zostawia na rządzących suchej nitki. – Cała Unia widziała, jak premier Sali Berisha sfałszował jedne wybory po drugich – najpierw parlamentarne, potem samorządowe.

Sam był przez dwie kadencje merem Tirany. Ostatnie wybory w 2011 r. przegrał rzeczywiście dziwnie: prowadził w sondażach i po pierwszym liczeniu głosów. Komisja wyborcza kazała jednak policzyć raz jeszcze i Rama przegrał kilkoma głosami.

Edi Rama: – Gdy po sfałszowanych wyborach zaczęły się demonstracje, trzy osoby zostały z zimną krwią zabite przez policję. Do dziś nikt za to nie odpowiedział. Jak kraj, w którym dzieją się takie rzeczy, ma w ogóle myśleć o wejściu do Unii?

Jeden z dyplomatów Wspólnoty akredytowany w Tiranie przyznaje anonimowo: – Po tamtych strzałach Berisha jest przez unijnych przywódców bojkotowany. Od ponad roku nikt oprócz Viktora Orbána nie chciał się z nim spotkać. Trudno w takich warunkach prowadzić sensowne negocjacje.

– To prawda – przyznaje Erebara. – Ale on jest zręcznym politykiem. I doskonale umie odwrócić uwagę opinii od prawdziwych problemów. Tak jak zrobił przy tak zwanej paradzie równości.

Na geja, Matkę Teresę

Edi Marku jest ciut przed sześćdziesiątką, ma na głowie kaszkiet, jaki lubią nosić panowie w jego wieku, a w ręku transparent „Łapy precz od mojego tyłka!”. Jest jednym z kilkudziesięciu protestujących pod parlamentem w Tiranie przeciw marszowi równości.

– Bardzo bym chciał, żeby Albania weszła do Unii – mówi mi. – Unia pomoże zbudować drogi, nasza młodzież będzie się uczyć za granicą, a ja mam dwie córki studentki. Ale jeśli ceną jest akceptacja dla zwyrodnialców, to musimy się zastanowić.

Mniejszości seksualne raz już, w 2009 r., wywołały w Albanii wielką dyskusję. Premier Berisha wyprzedził nie tylko własny elektorat, ale i większość krajów Unii, gdy po pierwszej wielkiej fali antyrządowych protestów, zamiast na nie odpowiedzieć, zapowiedział legalizację małżeństw homoseksualnych. Ale że to Berisha jest szefem sympatyzującej z muzułmanami partii konserwatywnej, nie miał kto przyjść mu w sukurs.

Gdy na początku roku stowarzyszenie Pink Embassy zapowiedziało, że latem przez Tiranę przejdzie pierwsza w historii parada równości, wszyscy czekali, co powie premier.

– Dziennikarze szukali kogoś, kto będzie przeciw – opowiada Erebara. – I znaleźli. Jednego urzędnika w randze ministra w ministerstwie obrony. Powiedział, że wszystkich gejów należałoby kopnąć w tyłek.

Następnego dnia odezwały się ambasada USA i przedstawicielstwo Unii. Że wszyscy w albańskim rządzie powinni pamiętać o respektowaniu praw homoseksualnej mniejszości. I debata o wejściu do Unii zmieniła się w debatę o homoseksualizmie.

Czy my naprawdę nie mamy poważniejszych problemów? – pyta. I wylicza: – Bezrobocie sięga 15 proc., a dla młodych, wykształconych ludzi nie ma innych perspektyw niż wyjazd do Włoch. Problem z paradą równości rozwiązał się sam: Pink Embassy, obawiając się o bezpieczeństwo jej uczestników, postanowiło ją przełożyć.

Euroentuzjazm

Rzeczywiście, albański entuzjazm dla Unii jest imponujący. W Turcji spadł on już poniżej 50 proc. Podobnie w Serbii, która wejście do Unii okupiła wydaniem Trybunałowi w Hadze zbrodniarzy wojennych – Miloszevicia i Mladicia. Nawet Chorwacja, która członkiem Wspólnoty stanie się 1 stycznia, jest dużo bardziej eurosceptyczna.

– Poparcie dla członkostwa w Unii od lat utrzymuje się na poziomie 97–98 proc. – mówi Erebara. – Żaden kraj w historii Unii nie miał takich wyników. U nas, w przeciwieństwie choćby do Turcji, nawet twardogłowi muzułmanie są euroentuzjastami.

Co jednak począć z tym entuzjazmem, skoro Albania nie posuwa sięw negocjacjach? – Oni liczą, że uda im się wejść do Unii na kredyt – mówi unijny dyplomata. – Do NATO weszli, choć nie spełnili wymagań. Sojusz uznał jednak, że strategiczne położenie Albanii jest na tyle ważne, by przymknąć oko. Myślę, że tym razem im się to nie uda.

Albania jest zbyt daleko od unijnych norm, a Europa – po kryzysie w Grecji – staje się bardzo zasadnicza. Unia wykona pewnie kilka gestów – Albania na przykład podpisała porozumienie o ruchu bezwizowym z UE, ma dobrą umowę o handlu. Ale dopóki rząd nie zacznie naprawdę zmieniać kraju, dopóty o negocjacjach nie ma mowy.

My ratujemy Grecję

Życie w Konispolu zamiera po dwudziestej. Kandydaci na emigrantów wcześnie kładą się spać. Wstają o czwartej, zjadają jajko, pomidora i bułkę z dżemem – standardowe śniadanie w miejscowych hotelikach – piją kawę i w drogę. By dotrzeć na wieczór do Igumenitsy, trzeba wyjść najpóźniej o szóstej.

Ci, którzy nie mogą zasnąć, przesiadują w kawiarni w centrum. Tu umawiam się z poznanym w ciągu dnia Izetim, który tłumaczy mi na angielski wszystko, czego dowiedział się od innych przesiadujących tu krajan.

– Ten pan ma w Grecji brata, prowadzą razem firmę sprzątającą biura – pokazuje mężczyznę w średnim wieku z wąsem. – Tamten ma dziewczynę Greczynkę i chwali się wszystkim, że weźmie z nią ślub i dostanie unijny paszport. – Przysiadamy się do nich. – Dlaczego nie zostaniecie w Grecji?

Elton się zamyśla: – Jeżdżę tam od 12 lat. Nigdy od Greka nie usłyszałem dobrego słowa. Palą nasze flagi, każą spieprzać do Albanii. Kiedyś pracowałem dla faceta, który uciekł z kasą i nie wypłacił mi grosza za pół roku harówki, nawet nie miałem gdzie się zgłosić. I nagle, jak zaczął się kryzys, zaczęli nas szanować! Nawet tabloidy, które do tej pory pisały o nas wyłącznie wtedy, gdy jakiś Albańczyk kogoś zabił, zmieniły ton.

– Jeszcze rok temu dla rodziców mojej narzeczonej chłopak z Albanii to był problem, nawet nie chcieli mnie poznać – mówi Jovan, ten, który ma dziewczynę Greczynkę. – A teraz? Na obiad mnie zaprosili.

– Skąd ta zmiana? – Czują, że bez naszych rąk do pracy sobie nie poradzą. Tylko my dziś możemy uratować Grecję – kiwają głowami albańscy emigranci. – Widzisz? W naszych rękach przyszłość całej Unii. A wy nas, dranie, nie chcecie wpuścić – śmieje się Izeti.

Artykuł powstał w ramach projektu „Next in Line” z pomocą finansową Unii Europejskiej.

Factual or translation error? Tell us.