„Madame Europa zmieniła się we Frau Germanię”, napisał na początku kwietnia były niemiecki minister spraw zagranicznych Joschka Fischer, sugerując, że uważaną za prawdziwie europejską damę stanu Merkel zawładnął narodowy egoizm. Jednak, jak pisze Piotr Buras, pani kanclerz miała mocne argumenty za tym, by nie poddać się presji rynków i europejskiej opinii publicznej.

Obwarowanie pomocy dla Grecji twardymi warunkami oraz zaangażowanie w tę pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego zabrały sporo czasu, ale były konieczne. Finansowe wsparcie dla Aten nigdy nie stało w Berlinie pod znakiem zapytania – nie tylko z obawy o stabilność euro, lecz także ze względu na narodowy interes. Bankructwo Grecji uderzyłoby w pierwszym rzędzie w niemieckie banki, w których ta zadłużyła się na około 40 mld euro. I to niemieccy podatnicy musieliby to piwo wypić.

Jeśli Niemcy mają dziś problem z Europą, to nie z powodu węża w kieszeni. Ich trudności z wykrzesaniem europejskiego optymizmu więcej mają wspólnego ze zmianami, jakie dokonują się w ich otoczeniu, niż z pozjednoczeniową renacjonalizacją i normalizacją. Dzisiaj rola Berlina w Unii musi zostać zdefiniowana na nowo. Europejski dylemat Niemiec polega na tym, że istotne przesłanki, na jakich ją formułowano, już się wyczerpały...

Cały artykuł można przeczytać na stronie Gazety Wyborczej.