Przed kilkoma dniami Juan Manuel Sánchez Gordillo znalazł się na pierwszych stronach gazet, po tym jak, podejmując wespół z innymi towarzyszami z Andaluzyjskiego Związku Zawodowego (SAT) akcję „przymusowej konfiskaty” produktów żywnościowych z kilku supermarketów, rozdał je następnie tym najbardziej potrzebującym. Warto jedynie uwypuklić, że ten człowiek jest zjawiskiem dość wyjątkowym pośród hiszpańskich polityków.

Sánchez Gordillo jest historycznym liderem Zawodowego Związku Rolników (SOC), który to związek był poprzednikiem obecnego SAT. Ponadto, od 1979 r. jest burmistrzem Marinaledy, niewielkiego miasteczka (liczącego około 3 tys. mieszkańców) w regionie Sewilli. To właśnie tam, dzięki udziałowi oraz wsparciu mieszkańców, dokonał politycznego i gospodarczego doświadczenia prowadzącego do powstania czegoś w rodzaju socjalistycznej wyspy na andaluzyjskiej wsi.

Kryzys gospodarczy pozwolił Marinaledzie zweryfikować, czy jej utopijny projekt na 25. kilometrach kwadratowych, sprawdzi się w warunkach rynkowych. Stopa bezrobocia w miasteczku wynosi 0 proc. Większą część mieszkańców zatrudnia spółdzielnia Humar-Marinaleda, utworzona po latach walki przez samych robotników rolnych.

Ziemia dla ludu pracującego

Dawno temu chłopi okupowali ziemie należące do gospodarstwa rolnego Humoso (będące własnością arystokraty) i za każdym razem, byli z niej wyrzucani przez Guardia Civil (Gwardię Cywilną) „Ziemia należy do tych, którzy na niej pracują”, krzyczeli. W 1992 r. przyznano im rację i to oni są odtąd właścicielami tego gospodarstwa.

Uprawiają fasolę, karczochy, paprykę i oliwki, z których tłoczą olej. Rolnicy sami kontrolują wszystkie etapy produkcji, ziemia należy do „całej społeczności”. Gospodarstwo składa się z fabryki konserw, młyna, szklarni, sprzętu do hodowli, sklepu. Bez względu na zajmowane stanowisko, wszyscy pracownicy otrzymują wynagrodzenie w wysokości 47 euro za dzień i pracują 6 dni w tygodniu, czyli zarabiają 1128 euro miesięcznie, pracując 35 godzin tygodniowo (minimalna płaca wynosi 641 euro).

Gdy sezon jest w pełni, kooperatywa zatrudnia około 400 osób, a najmniej około stu. Ale każde stanowisko pracy nie przynależy do tego, czy też innego mieszkańca, dokonuje się rotacji, aby każdy mógł otrzymać płacę. „Pracować mniej, po to, aby wszyscy mieli zatrudnienie – taka jest generalna dewiza. Zresztą niektóre osoby uprawiają również własne małe działki. Pozostałą tkankę ekonomiczną miasteczka tworzą butiki, podstawowe usługi oraz działalność sportowa. Praktycznie wszyscy mieszkańcy miasta mają zapewnione takie same dochody, jakie otrzymują pracownicy spółdzielni.

Sąsiedzie, podaj cegłę

W wywiadzieudzielonym w ubiegłym miesiącu gazecie Público Gordillo wyjaśniał, jaki wpływ wywarł kryzys na sytuację w Marinaledzie „Ogólnie rzecz biorąc, dał się nam mniej we znaki w działach rolnictwa i produkcji żywności. Ale można zaobserwować zjawisko powrotu na wieś tych, którzy ją kiedyś porzucili, by przejść do budownictwa, i obecnie wracają, żeby tu szukać zatrudnienia. W rezultacie, musimy nie tylko utrzymać istniejące miejsca pracy, ale w dodatku zwiększyć ich liczbę, mając świadomość, że rolnictwo biologiczne tworzy więcej miejsc niż rolnictwo tradycyjne”.

Na przestrzeni ostatnich lat w Hiszpanii, w okresie „nieruchomościowego boomu” spekulacja zdominowała sektor budownictwa. Tymczasem Marinaleda zdecydowała pójść w zupełnie przeciwnym kierunku. Można tam wynająć dom w zupełnie dobrym stanie, o powierzchni 90 metrów kwadratowych, z tarasem, za 15 euro miesięcznie. Jedyny warunek – każdy musi wziąć udział w budowie swojego własnego lokum, zgodnie z filozofią, która determinuje każdy rodzaj działalności w Marinaledzie. Władze miejskie zdobyły działki budowlane poprzez kupno oraz wywłaszczanie.

I tak oto zaproponowały tereny oraz dostarczyły sprzęt potrzebny do budowy mieszkań. A budowa została powierzona samym przyszłym lokatorom, chyba, że opłacą oni ludzi, którzy są w stanie ich w tych pracach zastąpić. Ponadto, miasto zatrudnia zawodowych murarzy, których zadaniem jest służenie radą mieszkańcom oraz wykonywanie najtrudniejszych prac. Ostatni punkt, przyszli lokatorzy nie wiedzą z wyprzedzeniem, które mieszkanie zostanie im przydzielone, co sprzyja wzajemnej pomocy.

Raj utracony?

„Kiedy pracuje się na budowie, można zarobić 800 euro miesięcznie”, dodaje Juan José Sancho, mieszkaniec Marinaledy. „Połowę pensji wydaje się na opłacenie mieszkania”. Ten młody człowiek, mając zaledwie 21 lat, należy do miejskiej „grupy aktywistów”, która ma za zadanie, organizując zebrania, kierować bieżącymi sprawami miasta. Sądzi on, że „wprowadzenie takiego środka było podyktowane chęcią uniknięcia spekulacji na nieruchomościach”.

Niegdyś większa część robotników rolnych ledwo potrafiła pisać. Dziś mają do dyspozycji przedszkole, szkołę podstawową i gimnazjum oraz pierwszą klasę liceum. Stołówka kosztuje jedynie 15 euro miesięcznie. Niemniej jednak, jeśli wierzyć Sancho, „zbyt wielu uczniów za wcześnie porzuca szkołę. Mieszkańcy miasteczka mają zapewnione mieszkanie i pracę, więc wiele osób nie widzi sensu w dalszej nauce. I to jest właśnie sprawa, którą musimy polepszyć”.

W Marinaledzie nie ma policji, a decyzje polityczne podejmuje zgromadzenie, w którym muszą brać udział wszyscy mieszkańcy. Natomiast jeśli chodzi „ o grupę działania”, to „ rozwiązuje ona wszystkie pilne sprawy, z dnia na dzień”, wyjaśnia Sancho. „To nie jest grupa wybranych, to są ludzie wspólnie decydujący o podziale obowiązków, z których trzeba się wywiązać dla dobra miasteczka”. Natomiast jeśli chodzi o podatki, „to są one bardzo niskie, najniższe w całym regionie”, przekonuje nas Sandro.

Decyzje w sprawie budżetu podejmowane są podczas spotkań plenarnych zgromadzenia, wówczas głosowaniu poddawane są bardzo różnorodne kwestie. W następnej kolejności, omawia się problemy poszczególnych dzielnic, jednej po drugiej, ponieważ każda z nich ma swoje własne zgromadzenia mieszkańców – i to właśnie wówczas zapadają decyzje, jak zostanie zainwestowane każde euro na sprawy określone przez zarząd miasta.