Kiedy Grecja zmierzała już prosto na skraj przepaści, w grudniu 2009 r., premia za ryzyko od inwestycji w tym kraju – różnica między oprocentowaniem greckich i niemieckich bonów skarbowych – osiągnęła 236 punktów bazowych. Narastała nieufność rynków wobec tamtejszej gospodarki, która stawała się coraz bardziej niewypłacalna.

Z taką właśnie premią za ryzyko mamy do czynienia dziś, sześć miesięcy później, w gospodarce hiszpańskiej; w tych dniach osiągnęła ona rekordowy pułap. Uważa się, że kroki, które podejmuje rząd nie są wystarczające, aby zapewnić stabilność finansów publicznych i jednocześnie szybkie wyjście z kryzysu. Dlatego też ci, których wicepremier María Teresa Fernández de la Vega nazwała „spekulantami”, stawiają na to samo rozwiązanie, jakie zastosowano w przypadku Grecji.

Liczą na to, że premier Zapatero zwróci się w końcu o ratunek i skorzysta z pomocy Europejskiego Funduszu Stabilności, powołanego przez liderów strefy euro i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, aby zagwarantować spłatę długu. Jednak zarówno pani De la Vega, jak i minister gospodarki i finansów Elena Salgado odrzuciły stanowczo taką możliwość i zapewniły, że Hiszpania pilnie „odrabia pracę domową”.

Tak właśnie sam premier nazywa pakiet rozwiązań, z którym udał się na szczyt Rady Europejskiej. Pośpieszne zmniejszenie deficytu budżetowego przewiduje, między innymi, obniżenie płac pracowników sfery budżetowej i zamrożenie emerytur, reformę prawa pracy (która, chociaż przez przedsiębiorców i rynki uważana jest za dość łagodną, to jednak dla premiera oznacza ideologiczną porażkę) oraz systemu emerytalnego.

Na dodatek, naczelnik Centralnego Banku Hiszpanii, Ángel Fernández Ordóñez, dał sygnał dopełniający obraz sytuacji, mówiąc, że instytucja, którą kieruje, rozważa możliwość wstrzymania restrukturyzacji systemu finansowego. Ponadto – zgodnie ze scenariuszem, który przewidział w czwartek Zapatero – Fernández Ordóñez zapowiedział, że poda do publicznej wiadomości wyniki tak zwanych „testów odporności", które to potwierdzą.

Te wszystkie „zadania domowe” były nie do pomyślenia jeszcze sześć tygodni temu, ale dziś rynki nie mają już zaufania do jakichkolwiek pustych deklaracji Zapatero (taką pustą deklaracją może być, na przykład, jego decyzja o rozpoczęciu prac nad projektem reformy prawa pracy). Zaufania nie mają też liderzy strefy euro.

Sama Komisja Europejska – która niczego bardziej nie pragnie, jak obrzucić kwiatami rząd, aby tylko rynki międzynarodowe odsunęły się od Hiszpanii i co za tym idzie od euro – była zmuszona wywierać nacisk na Zapatero, żądając od niego dodatkowych działań dostosowawczych. To samo zrobili również uczestnicy kongresu MAFO 2010 w Wiesbaden, w porozumieniu z Frankfurtem.

Tymczasem niektórzy bankierzy zastanawiają się, czy nie lepiej byłoby dobrowolnie wystąpić o fundusze ratunkowe, niezależnie od tego, jak trudne kroki będzie trzeba podjąć w zamian za doprowadzenie do ponownego otwarcia rynków. Jutro przyjeżdża do Madrytu z „roboczą wizytą” nie kto inny, tylko Dominique Strauss-Kahn, dyrektor zarządzający Międzynarodowego Funduszu Walutowego, aby przekonać się, jakie środki zaradcze ma zamiar zastosować rząd. Hiszpania to nie Grecja, a jednak ostatnio coraz bardziej wnikliwie jest obserwowana.