„Wstawaj, leniu, nim stracę cierpliwość. Jedziemy do Łodzi!” – tekst tej znanej w Niemczech piosenki („Theo, wir fahr’n nach Lodź”) napisany został w XIX w., w czasach industrializacji i dynamicznego rozwoju przemysłowego okręgu kalisko-mazowieckiego. Dla Niemców Łódź była niczym eldorado. Tu widzieli szansę na lepszą przyszłość, tu budowali swe fortuny Scheiblerowie z Nadrenii, saksońskie rodziny Herbstów czy Geyerów. Historia lubi się powtarzać.

Gdy przedwojenny łódzki król bawełny Ludwik Geyer rozkręcał swój pierwszy „geszeft", miał zaledwie 24 lata. Fryderyk Schweikert, właściciel zakładów włókienniczych i kilku pałaców, był synem wiejskiego kowala z Wirtembergii. Czy po kataklizmach obu wojen światowych i komunistycznej zapaści znów stajemy się świadkami napływu nowej fali niemieckich imigrantów w Polsce? O exodusie nie może jeszcze być mowy, ale fakt faktem nasz kraj jest dziś jednym z ulubionych miejsc, dokąd przeprowadzają się obywatele RFN.

W 2006 r. Polska zajmowała na liście ich celów piątą pozycję, obecnie osiedla się u nas więcej Niemców niż w Hiszpanii czy we Francji. Według danych Federalnego Urzędu Statystycznego rok temu zamieszkało w Polsce 9434 posiadaczy paszportów Bundesrepubliki. Nasz kraj zepchnął pod tym względem Austrię z trzeciego miejsca i dziś wyprzedzają nas jedynie Szwajcaria i USA.

Przeczytaj pełną wersję artykułu na stronieUważam Rze (dostęp płatny)