Maj tego roku przejdzie zapewne do annałów jako najbardziej pechowy miesiąc w historii europejskiego muzealnictwa. Niezidentyfikowany sprawca włamał się nocą do paryskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie najspokojniej w świecie wyciął z ram pięć arcydzieł pędzla Braque’a, Légera, Matisse’a, Modiglianiego i Picassa. Wartość tych obrazów szacowana jest łącznie na sto milionów euro. Po kradzieży zaczęto zachodzić w głowę, dlaczego złodziej wybrał akurat tak znane płótna, których żadną miarą nie da się legalnie sprzedać na rynku. Odpowiedź na to pytanie brzmi: „artnapping”, czyli rabunek dla okupu. W zaistniałej sytuacji muzea i firmy ubezpieczeniowe znajdują się pod ogromną presją – dlatego ubezpieczyciele wolą sowicie wynagrodzić „pośrednika”, który zagwarantuje zwrot prac, niż wywiązać się ze zobowiązań wobec właściciela polisy, bo wtedy chodzi o zdecydowanie większe pieniądze. I tu dopiero pojawia się problem – a wraz z nim coś, co musi niepokoić – otóż w przypadku dzieł skradzionych w Paryżu jakoś nikt nie wpadł na pomysł, by je zawczasu ubezpieczyć. Mało, że obrazy wiszące w muzeum nie były objęte polisą, to jeszcze nadzór nad nimi szwankował – od marca nie działał bowiem system alarmowy.

[...] **Treść tego artykułu została usunięta na prośbę właściciela praw autorskich.**