Ci, którzy widzieli film „The Grey Zone” (2001), w reżyserii Tima Blake’a Nelsona, bez wątpienia pamiętają, że owa szara strefa była korytarzem śmierci, w którym byli przetrzymywani więźniowie w Oświęcimiu, zanim trafili do komór gazowych. Ale grey zone pojmowana szeroko i metaforycznie odnosić się może do niepewności i trwogi, ale i do nadziei, że to, co się stanie, nie będzie aż tak makabryczne, jak to sobie wyobrażaliśmy. Właśnie to odczuwałem podczas mojego czterodniowego pobytu na Białorusi.

Od 1994 r. [w którym wybrano Aleksandra Łukaszenkę na prezydenta] mieszkańcy tego kraju muszą zmagać się z autorytarnym reżimem, „ostatnią prawdziwą dyktaturą w sercu Europy”, jak ją określają zachodni politycy. Chciałem zawitać do tego kraju ponownie – pierwszy raz w nim byłem 1998 r., kiedy to uczestniczyłem w organizowanych tutaj Mistrzostwach Europy w boksie. Wówczas odniosłem wrażenie, że jest tam dokładnie tak, jak w innych byłych Republikach Radzieckich – ani lepiej, ani gorzej niż w Mołdawii, na Ukrainie czy w Rosji.

Teraz mam inne spojrzenie na Białoruś. Wykorzystałem to, że jestem Mołdawianinem i mam dwa paszporty [dotyczy to wielu Mołdawian, którzy ze względu na rodzinne więzi mają również rumuńskie obywatelstwo, które czyni ich obywatelami UE], swobodnie opuściłem terytorium Litwy [która graniczy z Białorusią], pokazując rumuński paszport i wjechałem bezpiecznie na Białoruś, legitymując się mołdawskim paszportem. Odnosiłem wrażenie, że wjeżdżam do Naddniestrza [prorosyjskiego regionu separatystycznego w Mołdawii], mieli te same zielone radzieckie mundury, widziałem te same podejrzliwe spojrzenia.

Oaza spokoju i dobrobytu

Przejeżdżałem pociągiem przez wsie, w których były zadbane domy i przez czyste miasta, widziałem drogi w dobrym stanie. W stolicy, Mińsku, ulice są szerokie, sowiecka architektura przeplata się z nowoczesnymi budynkami, a komunistyczne symbole współistnieją z logotypami wielkich zachodnich firm. Na pierwszy rzut oka widać ład i spokój. Zapytałem przechodniów, czy podzielają moje odczucia. Odpowiedzieli mi kalamburami, z pewną dawką ironii, która bardzo dobrze oddaje ich „podwójną mentalność”, która pozwala Białorusinom jakoś żyć, mimo że na co dzień nie jest łatwo. „Jest spokojnie jak na cmentarzu” i „Tutaj wszystko jest czyste – umyte lub wyprane – a najbardziej pierze się nasze mózgi”. Szybko się przyzwyczaiłem do ich żartów na temat codziennego życia, ale potrzebowałem czasu, aby w pełni pojąć ich głęboki sens.

W metrze czy w sklepach ludzie się nie uśmiechają, mają spuszczone głowy. Kiedy robi się późno, przebywanie w ponadtrzyosobowych grupach grozi wylegitymowaniem przez policję [w kodeksie karnym niektórych państw komunistycznych zgrupowanie liczące ponad trzy osoby jest traktowane jako banda złoczyńców]. Widziałem strach i brak nadziei w oczach przechodniów w kraju, w którym o wszystkim decyduje jeden człowiek, „ojciec narodu białoruskiego, Batiuszka”. W tym kraju wybory są fałszowane, kandydaci szykanowani, młodzież maltretowana, ludzie znikają, wszędzie dyscyplina i ład wojskowy, poczynając od szkół, w których wszechpotężne służby specjalne zapewniają pokój. Na Białorusi panuje cmentarny porządek.

W dzienniku telewizyjnym każda wiadomość miała antyzachodni charakter. Zapewniano, że upadek strefy euro i całej Unii Europejskiej jest nieuchronny i że w obecnych ciężkich czasach Białoruś jest oazą spokoju i dobrobytu (choć w rzeczywistości większość ludzi żyje na progu egzystencji). Dowiedziałem się z niego, że jedyną alternatywą dla Starego Kontynentu jest Unia Rosja-Białoruś-Kazachstan, która stanie się Unią Euroazjatycką. Tą inicjatywą zainteresowało się już ponad 20 krajów, w tym Nowa Zelandia i Mołdawia, chociaż ta „chciała do niedawna dołączyć do UE”!

Ale na szczęście ujrzałem również inną Białoruś, przywiązaną do czasów, w których jej ziemie leżały w obszarze cywilizacji europejskiej, w różnych konfiguracjach państwowych. Białoruś zrodziła w tym okresie kilka wybitnych osobistości, które włożyły swój wkład w kulturę europejską i światową. Wtedy to również wytworzyło się poczucie narodowe, oparte na białoruskich wartościach, języku i kulturze oraz na historycznej biało-czerwono-białej fladze, którą Białorusini wywieszają tylko w swoich domach, od kiedy Aleksander Łukaszenko w 1995 r jej zakazał i zastąpił tą z okresu radzieckiej Białorusi.

Problemy z zachowaniem tożsamości i języka

Naród białoruski zawsze miał przed sobą nie lada dylemat – mógł albo przynależeć do cywilizacji europejskiej, albo dołączyć do przyszłego bloku euroazjatyckiego. Był częścią wielu tworów państwowych – Księstwa Połockiego, uznawanego za kolebkę państwa białoruskiego, Księstwa Litewskiego, Rzeczpospolitej Obojga Narodów, Imperium Rosyjskiego i Związku Radzieckiego. Ma prawdziwe problemy z zachowaniem swojej tożsamości i języka, ponieważ jest tłamszona przez język i kulturę rosyjską.

A jednak Białoruś usiłowała kilkukrotnie stać się czymś więcej niż tylko częścią wielkiego ludu rosyjskiego… W 1812 r. Białorusini poparli Napoleona w walce z Rosją w nadziei, że przywrócą państwo sprzed rozbiorów Polski z 1772, 1793 i 1795 roku. W 1918 Białoruska Republika Ludowa została uznana przez Niemcy, Austrię, Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Polskę, Ukrainę, Czechosłowację, Armenię, Gruzję i Turcję, ale po inwazji armii czerwonej została radziecką republiką. Podczas II wojny światowej miała miejsce nowa próba utworzenia państwa – powstała wtedy Rada Centralna – ale zakończyła się niepowodzeniem, ponieważ Sowieci wrócili. Wreszcie w 1991 r. Białoruś odłączyła się od Związku Radzieckiego i wtedy pojawiły się nawet zaczątki demokracji.

Te historyczne wspomnienia przywracają nadzieję Białorusinom i zachęcają ich do protestów ulicznych, do posługiwania się własnym językiem w kuchni i do przechowywania w tajemnicy dawnej flagi. Powiedziałem swoim przyjaciołom, że są jeszcze bardziej nieszczęśliwi „niż my, Mołdawianie, w czasach komunistycznych”. Wtedy przynajmniej nie wiedzieliśmy nawet, jak się żyje na Zachodzie i byliśmy przekonani, że mieszkamy w „najbardziej demokratycznym, najbogatszym i najpotężniejszym kraju na świecie”.

Teraz Białorusini udają się do Polski lub na Litwę, aby zrobić tam zakupy lub studiować na uniwersytecie, a Unia Europejska stale ich przyciąga.

Nie sądzę, aby cmentarna cisza mogła jeszcze długo trwać. Zbliżają się czasy, kiedy Białorusini będą mogli słuchać zespołu Lapis Trubiackoj u siebie w domu, w Mińsku, w Homlu czy Mohylewie, mimo że obecnie mogą ich słuchać tylko w Kijowie, Warszawie i Wilnie, ponieważ Batiuszka zabronił temu najbardziej znanemu białoruskiemu zespołowi muzycznemu mieszkać i śpiewać we własnym kraju.