Zbudowany w takich bólach postradziecki świat właśnie się rozsypuje. A skoro tak – decyduje się też przyszłość Ukrainy. Wielu przedstawicieli tutejszych elit politycznych, medialnych i biznesowych już szykuje się do zejścia do podziemia. Cóż innego mieliby zrobić? Przecież przez ponad dwa lata swoich rządów prezydent Wiktor Janukowycz zdołał zagarnąć w swoje ręce niemal całą władzę. To, czego dokonał, wspomagany przez swoją Partię Regionów, nie może zostać nazwane inaczej niż najzwyklejszym zamachem stanu.

Po pierwsze, zmienił Konstytucję tak, by prezydent kraju znów cieszył się szeregiem przywilejów. A szczęśliwie się złożyło, że to on jest akurat prezydentem. Po drugie, Janukowyczowi udało się zmarginalizować rząd, parlament i sądy. Ma w ręku sektor wojskowy i zdołał uciszyć głos ludzi i opozycji. Dziś na Ukrainie rodzi się coś, co przywodzi na myśl reżim Aleksandra Łukaszenki na Białorusi. Z jedną różnicą – Łukaszenka budował go latami, podczas gdy jego ukraińskiemu odpowiednikowi poszło łatwiej. Wystarczyło wykorzystać prezydenckie uprawnienia. Stało się to przy kompletnej obojętności ze strony społeczeństwa kraju.

Jeszcze raz potwierdza się więc teza tych analityków, którzy przestrzegali, że pomarańczowa rewolucja sprzed ośmiu lat nie była inspirowana pragnieniem swobód, a względami materialnymi. I tak nieodpowiedzialny populista Wiktor Juszczenko zdobył wśród milionów ludzi pozycję idola, chociaż nie trwało to długo. Ci, którzy głosowali na Juszczenkę, nie wyrażali w ten sposób poparcia dla wolności, ale dla prosperity. Sposób myślenia tych wyborców był prosty: „Juszczenko jest w stanie sprawić, by moja wypłata docierała do mnie na czas, więc sprawi też, że dobrobyt pojawi się w całym kraju”. Skończyło się na zawodzie, podobnym do tego, które dziś czuje biedniejsza, pozostająca na marginesie, część wyborców Janukowycza.

Ukraina jak Białoruś, ale nie do końca

A porównania Janukowycza do prezydenta Białorusi? Rzecz w tym, że choć istnieją wyraźne podobieństwa, na Ukrainie wszystko skończy się zgoła inaczej. Łukaszenka rządzi u siebie od osiemnastu lat, na co jego ukraiński brat bliźniak nie ma raczej szans. Reżim białoruski ma charakter konsumerystyczny. Oznacza to, że tamtejszy przywódca nie bardzo nawet rozumie, czym są reformy gospodarcze. Większość dóbr jest rzecz jasna opłacana z kieszeni rosyjskiej.

Jeśli dopływ gotówki z Moskwy się urwie, społeczeństwo na Białorusi poczuje, czym jest prawdziwa bieda. To właśnie doprowadzi do załamania się dyktatury Aleksandra Łukaszenki. Prawdopodobnie wyeliminują go, albo doprowadzą przed sąd, dzisiejsi bliscy współpracownicy. Tymczasem na Ukrainie jest zgoła inaczej. Ten kraj zawsze musiał liczyć na siebie. Prawdą jest, że dostawaliśmy tani gaz. To efekt umowy, jaką z Borysem Jelcynem wynegocjował jeszcze prezydent Leonid Kuczma. Teraz jednak po tym wsparciu nie ma ani śladu. Moskwa nie ma zamiaru pomagać Kijowowi tak, jak wspomaga Mińsk.

Kijów cierpi więc w wyniku trwającej właśnie dezintegracji świata postradzieckiego. Ale podobne cierpienia odczuwają wszystkie państwa do tego świata należące.Są to kraje konsumerystyczne w tym wąskim sensie, że ich elity i społeczeństwa wciąż wykorzystują zasoby radzieckie. W niektórych przypadkach – jak na przykład gruzińskim – zostały one już wyczerpane. Rząd w Tbilisi musiał więc ofiarować trochę swobody prywatnym przedsiębiorcom oraz zabrać się do zwalczania korupcji. Są jednak i państwa, w których zasoby jeszcze można eksploatować. Należy do nich zarówno Rosja, jak i Ukraina.Tyle że i w ich przypadku koniec widać już na horyzoncie.I będzie to koniec niezwykle bolesny.

Spóźniony o dekadę

Janukowycz się po prostu spóźnił. Gdyby, tak jak Leonid Kuczma, był prezydentem Ukrainy w 1994 r., pewnie do dziś siedziałby na tym stanowisku mocno już zmęczony takim osiemnastoletnim rządzeniem.Tak naprawdę, nawet gdyby objął to stanowisko i w dekadę później, miałby przed sobą kilka lat autorytarnych rządów. Ich kres nastąpiłby wraz z rozpoczęciem się kryzysu gospodarczego.

A jednak mimo wszystko to właśnie krach sprawił, że Janukowycz dziś ma w ręce władzę.To on jest też przyczyną tego, że jego reżim trzyma się mocno. Era rozpadu, która jest już za rogiem, wymaga jednak porozumienia i zaufania, a nie represji i rozkradania tego, co jeszcze z Ukrainy zostało. Janukowycz nie kojarzy się raczej z tym pierwszym.

Tego dnia, gdy skończy się czas Janukowycza, pojawi się natomiast kolejna kwestia. Ukraińców krępuje dziś paternalistyczny kaftan. Wydaje się, że to społeczeństwo nie dorosło jeszcze do poważnych wyzwań. Na próżno szukać tu poczucia obywatelskiego obowiązku. Twarzą zbliżającej się ery będzie być może Julia Tymoszenko lub ktoś ją przypominający. Byłaby to osoba zdolna do stworzenia klimatu politycznego, w którym można by rozpocząć dyskusję o reformach. Następne pokolenia polityków i ekonomistów podejmą te wysiłki, choć zajmie to zapewne wiele czasu.

Cztery do siedmiu lat – tyle (w najbardziej optymistycznym wariancie) minie od chwili upadku ukraińskiego reżimu do rozpoczęcia pierwszych reform. Proces ich wdrażania to z kolei kwestia trzech do pięciu lat. Arytmetyka podpowiada więc, że mniej więcej za piętnaście, a może już za osiem lat Ukraina stanie się w miarę normalnym państwem. Dopiero wtedy zacznie przypominać dzisiejszą Polskę.

Artykuł ten ukazał się w pażdziernikowo-grudniowym wydaniu kwartalnika New Eastern Europe