Kilka tygodni temu byłem w Madrycie, w dniach manifestacji antyrządowych i starć z policją, o których szeroko informowały nasze gazety i telewizje, nieraz wyolbrzymiając – zwłaszcza na ekranie – ich zasięg i gwałtowność. Kiedy przez przypadek znalazłem się w jednym z miejsc, gdzie było gorąco, odczułem nie tyle strach – przypomniały mi się jakże bardziej niepokojące starcia, choćby te w Trieście tuż po wojnie albo te w latach 70. czy na te ulicach Genui w 1960 r., także te podczas szczytu G8 – ile przygnębienie, przechodzące w lęk, ale nie o własną skórę, lecz jakiś szerszy, niedookreślony, poczucie bycia nieszczęśliwym.

Zrozumiałe powody leżące u źródeł protestu – coraz gorsze warunki życia coraz większej liczby ludzi, rosnąca trudność z zaspokojeniem podstawowych wymogów (zdrowie, pomoc społeczna, emerytury, praca) – napawały ciężkim, rozległym smutkiem, sprawiały, że fizycznie odczuwałem rychłe nadejście szarości, niedostatku i upokorzeń. Zaszczepiały niepewność, o jakiej niedawno wspominał Zygmunt Bauman.

Przeczucie frustrującej, niejasnej przyszłości nie dotyka bezpośrednio mojego pokolenia. Tak jak starców w powieści Svevo nas osobiście przyszłość nie interesuje, naszym światem jest teraźniejszość, którą chcemy brać i cieszyć się nią, albo odsunąć na bok, kiedy sprawia ból. Ludzi w moim wieku nie dopada melancholia z powodu niepewnego, zapewne smętnego jutra. Większość z nas już dawno wyciągnęła wszystkie karty przy naszym stoliku i te karty, mamy co do tego sporą dawkę pewności, pozwolą nam dać sobie jeszcze radę przez ten czas, jaki nas interesuje.

Nie można być szczęśliwym, gdy otacza nas smutek

Ale ktoś, kto dziś wchodzi w ten okres życia, gdy rozstrzygają się dalsze koleje jego egzystencji, jej jakość i sens, widzi przeszkody w swoim dążeniu do rozkwitu, do budowy swego świata, do realizacji prawa do szczęścia, jak to głosi amerykańska deklaracja niepodległości. To porusza także ludzi, którzy nie muszą się o siebie bać i którzy mogliby dalej na własny rachunek opróżniać spiżarnię, dość jeszcze, jak na ich potrzeby, zaopatrzoną. Są wstrząśnięci nie tylko dlatego, że lękają się o kochanych bliskich – dzieci, wnuki – ale dlatego, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za losy wszystkich. Nie można żyć szczęśliwie, będąc otoczonym smutkiem, nie można być naprawdę żywym w zmartwiałym świecie.

W tym samym czasie madryckie gazety pisały o coraz silniejszym fermencie separatyzmu w Katalonii, o procesie cofania się i paraliżu, jaki powoduje on w polityce całego kraju – tego wielkiego, żywotnego kraju, jakim jest Hiszpania – i w ogóle w Europie. W powietrzu wisi poczucie zmierzchu Europy. Tamte manifestacje – podobne do innych w wielu regionach kontynentu – nie wydawały się wyrazem politycznego buntu, alternatywnego projektu, choćby kontrowersyjnego lub nie do przyjęcia, ale będącego jakimś tam planem na przyszłość. Nie przywodziły na myśl obrazów atakującego wojska, lecz raczej oddziałów maszerujących na uroczystość opuszczenia flagi.

Unia Europejska – ze swoimi komisjami, bizantyjskimi biurami, kunktatorstwem, wymuszonymi kompromisami, paraliżującym krzyżowaniem się rozmaitych sprzeciwów zgłaszanych przez członków, z nieskończonymi mediacjami coraz bardziej zbliżającymi się do pata – wydawała się i wciąż wydaje się odległa, jak cesarz w sławnej kafkowskiej przypowieści, wiadomość od którego ciągle jest w drodze, ale nigdy nie nadchodzi.

Jedynym gwarantem stabilności i bezpieczeństwa jest Europa

Tymczasem karmione kryzysem gospodarczym, roznoszą się coraz szerzej miazmaty nacjonalizmów, partykularyzmów, lokalizmów, tępych i zawistnych rojeń separatystycznych. Pleni się absurdalna obsesja, że każda narodowość, mająca oczywiście prawo do swobodnego rozwoju, musi albo może stać się państwem (w takim razie Szwajcaria powinna rozpaść się na cztery państwa, ale chyba Szwajcarzy nie mają na to ochoty), a pozamykanie się we wrogich zagrodach pomoże rozwiązać kryzys gospodarczy.

Jedyną rzeczywistością nam dostępną, jedyną gwarantującą bezpieczeństwo i stabilność, jest Europa. Państwo europejskie, prawdziwe państwo – federalne, zdecentralizowane, ale zwarte i mające wyrazisty autorytet, taki jak USA – a zatem Europa, której obecne państwa stałyby się regionami zachowującymi autonomię, ale pozbawionymi weta wobec decyzji politycznych rządu, który naprawdę rządzi, oraz możliwości samodzielnego stanowienia praw i konstytucji sprzecznych z zasadami Konstytucji europejskiej. Państwo europejskie, którego autorytet i władza zasadzałyby się nie na wydawaniu napomnień i ponagleń, ale na skuteczności prawa z prawdziwego zdarzenia.

Realne państwo europejskie to nasza jedyna droga do godnej przyszłości. Dzisiejsze problemy nie są ograniczone do kraju lub narodu, dotyczą wszystkich. Śmieszne jest na przykład, że różne kraje mają różne przepisy dotyczące imigracji – tak jak śmieszne byłoby, gdyby różne prawo obowiązywało w Bolonii i Genui. Autentyczne państwo europejskie pozwoliłoby także ograniczyć liczne koszty, na przykład wydatki na niezliczone komisje, przedstawicielstwa i pasożytnicze instytucje. Europa jest sama w sobie wielkim mocarstwem, żal patrzeć, jak zniża się do poziomu kłótliwej, albo co gorsza lękliwej i bezsilnej, wspólnoty mieszkaniowej.

Pokonać marazm

Żeby dorosnąć do swojej rangi, żeby stać się naprawdę Europą, Unia Europejska powinna być rządzona w sposób zdecydowany i autorytatywny, bez mglistych ekumenizmów ani strachu przed przywołaniem do porządku kogoś, kto sprząta tak, że swoje śmiecie podrzuca sąsiadowi. Zapewne Unia Europejska nie jest w stanie działać ze stanowczością, ale jeśli nic z tym nie zrobi, oznaczać to będzie jej koniec, stopniowe gaszenie świateł w pustoszejącym kinie. Po raz pierwszy w dziejach usiłuje się powołać duży byt polityczny bez używania narzędzia wojny. Właśnie nieuciekanie się wojny wymusza istnienie wydolnej władzy. Chwiejność i odwlekanie nie jest demokracją, lecz jej śmiercią.

Jeśli ktoś wierzy w zjednoczoną Europę, a jednocześnie widzi, jak ona trzeszczy i pruje się, to naturalne, że nachodzi go złe samopoczucie i depresja taka jak owego wieczoru w Madrycie. Naturalnie to nie oznacza, że trzeba dać ogarnąć się melancholii. Nie przyszliśmy na świat, by ulegać nastrojom, smutkom naszych duszyczek, co nieraz bierze się li tylko z niestrawności. Nieważne jakie samopoczucie, trzeba pracować na rzecz tego, co każdy uważa za słuszne albo za mniejsze zło, w upartym przekonaniu, że „nie dadzą nam rady”.

Zmęczenie i przygnębienie można zwalczać, tym bardziej kiedy się tak coraz szerzej panoszą. Trzeba jednak przyznać, że kiedy człowiek czyta wielkie pełne wiary pisma ojców założycieli, takie jak manifest z Ventotene pióra Spinelliego, Rossiego i Colorniego (1941), to zdaje sobie sprawę, iż w tamtych strasznych czasach – jak mawiał genialny kabareciarz i inspirator Brechta Karl Valentin – przyszłość była lepsza.