Winę za fiasko negocjacji [zakończonych 17 lipca] między węgierskim rządem a MFW i UE można zapewne przypisać obu stronom. Bo przyjmując własny program rządzenia, zawarty w 29 punktach, węgierski gabinet [na czele którego od końca maja stoi konserwatysta Viktor Orbán] postawił partnerów przed faktem dokonanym, MFW i UE zaś wykazały niezwykłą nieustępliwość.

A przecież gra toczy się o wysoką stawkę – o rozpatrzenie wypłaty kolejnych transzy kredytu w wysokości 20 miliardów euro [przyznanego w październiku 2008 r.] i wynegocjowanie jego przedłużenia do grudnia 2010 r., ale również – choć MFW temu zaprzecza – o uzgodnienie nowej „zapobiegawczej” pożyczki, mającej obowiązywać począwszy od 2011 r.

Partnerka musi być dziewicą, ale też znakomitą kochanką: oto, czego MFW i UE oczekują od Węgier. Jak pokazuje fiasko tych negocjacji, trudno jest spełnić te wymagania. W swoich deklaracjach obie organizacje potrafią się wprawdzie zdobyć na kilka grzecznościowych formułek (MFW: Węgry uczyniły wielkie postępy w kierunku ożywienia gospodarczego; UE: z zadowoleniem przyjmujemy zobowiązania nowej ekipy dotyczące ograniczenia deficytu do poziomu 3,8 proc. w 2010 r.), ale równocześnie nie ustępują ani na jotę, jeśli chodzi o własne żądania.

Są stanowczo przeciwne opodatkowania banków, ale uporczywie obstają przy drakońskich wskaźnikach deficytu. Domagają się reform strukturalnych, ale nie pozostawiają żadnej swobody działania. Wyrażają Wegrom współczucie, bo stoją oni przed koniecznością podjęcia trudnych decyzji budżetowych w sferze przychodów (czyli podniesienia podatków) i wydatków (wprowadzenia cięć), ale podkreślają, że ich rząd „musi podejmować jeszcze większe wysiłki”. Przynaglają do likwidacji wielkich deficytowych przedsiębiorstw publicznych.

Deklaracje UE są nawet jeszcze ostrzejsze. Węgierski rząd będzie potrzebował „więcej czasu”, aby przekazać dokładne informacje odnośnie transportu publicznego, służby zdrowia i reform strukturalnych. MFW i UE domagają się stworzenia stabilnych warunków dla węgierskich i zagranicznych inwestorów, naciskają na rząd, aby zagwarantował „pełne poszanowanie niezależności banku centralnego”. Dopatrzyli się też wielu niepokojących decyzji, zwłaszcza w związku z odwlekającym się wprowadzeniem nowego systemu monitorowania budżetu.

Delegaci MFW i UE postanowili poczekać ze swoją kontrolę i wznowić rozmowy w późniejszym terminie [dalsze dyskusje mają być prowadzone we wrześniu]. Można by rzec, że György Matolcsy [węgierski minister finansów] nie brał udziału w tych samych negocjacjach. Oświadczył on, że MFW i UE „przychylnie przyjęły” inicjatywę opodatkowania banków.

Zapomniał zasygnalizować, iż polegało to na tym, że obie organizacje nie tylko skrytykowały tę inicjatywę, ale na dodatek jeszcze dobitniej potwierdziły swoje niezadowolenie, domagając się, aby zostawić w spokoju Andrása Simora [szefa Narodowego Banku Węgier] z jego miesięczną pensją w wysokości 8 milionów forintów [którą rząd obniżył do 2 milionów, czyli 6950 euro].

Matolcsy nie zająknął się też o następującej uwadze Komisji Europejskiej: „Zgłaszane projekty ustaw wprowadzałyby zakłócenia na rynkach i są sprzeczne z prawem europejskim”. Delegaci obu organizacji nie mają pretensji do Orbána, że nie skonsultował się z nimi przed publicznym ogłoszeniem swoich 29 punktów.

Ale powinien on wcześniej upewnić się co do ich zgodności z europejskimi przepisami. Byłoby więc lepiej, aby to Orbán – jako inicjator owych 29 propozycji i ten, który ma decydujące słowo – od samego początku uczestniczył w negocjacjach, zamiast przyjmować delegację dopiero w ostatniej chwili.

Węgry znajdują się obecnie w bezprecedensowym i niebezpiecznym położeniu. Rząd musi niezwłocznie podjąć działania, jeżeli nie chce dopuścić do sytuacji, w której zerwanie rozmów pociągnie za sobą poważne skutki gospodarcze i finansowe. Z niepokojem oczekiwaliśmy na otwarcie rynków finansowych w poniedziałek – i słusznie, jak się okazało [19 lipca spadł kurs forinta wobec euro].