Zastanówmy się przez chwilę, co by było, gdyby Jezus nosił burkę. Czy Jego podobizna mogłaby dziś jeszcze zdobić szkoły i urzędy? Nad tymi tradycyjnymi przykryciami głowy toczy się obecnie dyskusja w najróżniejszych zakątkach świata. Zaczęło się od Belgii i Francji, gdzie przyjęto już ustawy o zakazie noszenia burek i nikabów w miejscach publicznych. Podobne inicjatywy pojawiły się ostatnio w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Najnowsze doniesienia pochodzą z Syrii, gdzie planuje się zabronić noszenia na terenie uniwersytetów okryć całkowicie zasłaniających twarz. Na pierwszy rzut oka wygląda, że kraj ten wpisuje się w ogólny trend. Nie do końca jednak tak jest. W dyskusji na ten temat w świecie arabskim padają zupełnie inne argumenty niż na kontynencie europejskim.

W Europie, co nieuchronne, chodzi o rywalizację między islamem a chrześcijaństwem, w wyniku czego wiele spraw mierzy się nierzadko dwojaką miarą. Inicjatywy ustawodawcze w kwestii okryć głowy nie wywołują co prawda powszechnego entuzjazmu, ale spotykają się ze zrozumieniem w społeczeństwie. „Ruchome więzienie”, którego w tak radykalnej formie nie przewiduje nawet Koran, jest bowiem postrzegane nie tyle jako wyraz posłuszeństwa wobec zasad religijnych, ile jako narzędzie przemocy właściwe dla patriarchalnej kultury. Jak ujęła to jedna z dziennikarek, burka degraduje kobiety do roli owadów, przywołując na myśl bohatera „Przemiany” Kafki, który obudził się pewnego dnia przemieniony w robaka.

Symbol skażony cierpieniem

Ale gdyby spojrzeć na symbolikę chrześcijańską, wizerunek Chrystusa na krzyżu również nie jest taki niewinny. W gruncie rzeczy to bardzo makabryczny obraz, każący się zastanowić nad charakterem kultury, w której narzędzie tortur zostaje podniesione do rangi jej znaku rozpoznawczego. W postronnym obserwatorze ekshibicjonistyczny fetyszyzm cierpienia obecny w ikonografii chrześcijańskiej musi wywoływać co najmniej taki sam szok i niedowierzanie jak absurdalne nakazy zakrywania ciała w niektórych krajach muzułmańskich.

Różnica polega tylko na tym, że do krzyża w Europie się przyzwyczailiśmy. Gdyby nie to, można by pomyśleć, że wszechobecność wizerunku ukrzyżowanego Jezusa z twarzą wykrzywioną bólem i ciałem pokrytym ranami, z których sączy się krew, jest próbą wywołania publicznego zgorszenia. Krzyż, z Jezusem czy bez, to bez wątpienia bardzo złożony symbol. Przedstawia on śmierć, ale jednocześnie sugeruje jej przezwyciężenie. Tym samym narzędzie tortur staje się źródłem nadziei, gdyż – jak wiadomo – ukrzyżowany Chrystus zmartwychwstał. Rozumowanie dosyć karkołomne, ponieważ trudno mieć absolutną pewność, że obrazy są rzeczywiście w stanie wyrazić coś zupełnie odwrotnego, niż przedstawiają.

Jest jak najbardziej zrozumiałe, że kultura zachodnia wykazuje większą tolerancję wobec swych własnych symboli, a w mniejszym stopniu stać ją na to wobec symboli sąsiadów z południowego wschodu, nawet jeśli miałyby być one sympatyczniejsze czy mniej okrutne. Zachód nie powinien jednak przesadzać z reakcjami oburzenia na islamską mizoginię. W końcu toleruje on fakt, że w jednym z największych Kościołów kobiety wciąż jeszcze nie mają prawa wykonywać funkcji kapłańskich. Poza tym powiedzmy sobie szczerze: habit zakonnicy nie różni się aż tak bardzo od burki.

W sporze o dozwolone symbole rozgrywającym się między nagim Jezusem na krzyżu i kobietą w burce bogata wizualnie ikonografia chrześcijaństwa ściera się z islamską tradycją zakazu tworzenia wizerunków. Fakt, że nakaz zakrywania ciała budzi na Zachodzie niezrozumienie, a nawet uważany jest za urągający ludzkiej godności, wiąże się ściśle z zachodnią kulturą ekshibicji. Wolność postrzegana jest tutaj w kategoriach wystawiania na pokaz: wyjawiania grzechów, odkrywania ciała czy wystawiania wizerunków na widok publiczny. Tymczasem islam, podobnie jak judaizm, definiuje się nie przez obrazy, ale poprzez przestrzeganie zasad.

Neutralność przez pluralizm

Próba całkowitej eliminacji burki ze sfery publicznej, przy jednoczesnym zezwoleniu na wszechobecność krzyża, to kolejna odsłona starej jak świat wojny kulturowej o wiarę, interpretację zasad religijnych oraz o sens przykazania „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu”, które w chrześcijaństwie nigdy nie było przestrzegane. Pod tym względem to, że prawo przyjęte w Belgii i Francji zabrania noszenia burki, jest równoznaczne z zabronieniem ulegania zakazowi tworzenia wizerunków. Skąd jednak tyle obaw?

Dyskusja na temat burki jest tak niewygodna, ponieważ wymusza konieczność refleksji nad kulturowymi uprzedzeniami i okrucieństwami, jakich Europa dopuściła się w przeszłości. Nakazu zakrywania całego ciała naturalnie nie należy bagatelizować – stanowi on bowiem narzędzie ucisku muzułmanek. Czy jednak w tej kwestii potrzebny jest zakaz ustawowy?

Radykalne czystki laicyzacyjne w sferze publicznej poszerzają zakres wolności, lecz jednocześnie prowadzą do pewnego zubożenia i są wyrazem sekularnego protekcjonalizmu państwa. Być może zatem lepiej byłoby przyjąć bardziej wyważoną postawę, idąc chociażby przykładem niemieckiej konstytucji, która łączy generalną zasadę neutralności państwa i ochronę wolności sumienia i wyznania?

Takie rozwiązanie oznacza co prawda, że rozdział Kościoła od państwa nie do końca jest pełen, odzwierciedla jednak złożoność kwestii religijnych. Krzyż tolerowany jest w tym samym stopniu co burka. Zasada „neutralności przez pluralizm” pokłada ufność w inteligencji obywateli i ich zdolnościach do kreatywnego oporu. A więcej Europie nie trzeba przecież życzyć.