Amerykanie wybrali (ponownie) w środę prezydenta, który proponuje im tolerancyjne i solidarne społeczeństwo. Społeczeństwo, które Europejczycy uznają od dziesiątek lat za wzorcowe, przypisując sobie jego duchowe ojcostwo. Dziś, dziwnym zrządzeniem losu, oba obozy muszą toczyć ten sam bój i podjąć to samo wyzwanie – dowieść, że ten projekt społeczny jest realistyczny i że warto się z nim zmierzyć.

Amerykański prezydent będzie musiał starać się przekonać do potrzeby tej solidarności znaczną część społeczeństwa amerykańskiego, które nie chce zinstytucjonalizowanego bezpieczeństwa socjalnego dla wszystkich, woli wynagradzać każdego według zasług. Europejczycy muszą się dwoić i troić, by zachować swój system bezpieczeństwa socjalnego, każdy kraj podejmuje w tym celu działania dostosowawcze.

Warto, by Obama i europejscy przywódcy połączyli siły i wspólnie zastanowili się, jak ustrzec przed zagrożeniem ich projekt polityczny, to znaczy społeczeństwo solidarne, w którym – jak mówi Obama – każdy ma swoje szanse, bez względu na to, czy jest bogaty, czy biedny, czarny czy biały, chory czy zdrowy, czy jest homo-, czy heteroseksualny.

Mają tych samych wrogów – gigantyczny deficyt budżetowy, głęboki kryzys gospodarczy i strukturalny, „romneizację” naszych społeczeństw.

Indywidualizm, zaostrzający się wraz z kryzysem gospodarczym, ma się całkiem nieźle po obu stronach Atlantyku – coraz więcej słychać głosów, które się domagają, by „korzyści” społeczne przyznawane były z uwzględnieniem różnicy między tymi, którzy na nie zasługują (ludźmi pracy), i całą resztą (tymi, którym się pomaga). Jak ma wyglądać owa solidarność? Czy możemy sobie pozwolić na taką szlachetność? I jak ją kształtować, by stała się opłacalna?

Który z europejskich Obamów czy Romneyów upora się z tym zadaniem? Czy mamy podstawy, by wierzyć, że – jak o tym zapewniał Obama – możliwe są jeszcze kompromisy niezbędne do tego, by społeczeństwo posuwało się naprzód w swoim rozwoju, nie dając się zaślepić optymizmowi? To wyjątkowo trudny dylemat tych dni. Tyle że od wtorku Europejczycy mogą się pocieszać, że nie są odosobnieni w tej wierze i że nie tylko oni muszą szukać rozwiązań.