Eskalacja działań wojennych między Izraelem a strefą Gazy świadczy o potrzebie pojawienia się nowych przywódców, mogących poprowadzić mediacje, które położyłyby kres przemocy. Z taką inicjatywą mógłby wystąpić Egipt, który nie ma dziś nic wspólnego z krajem rządzonym przez Mubaraka, Turcja, która próbuje ugruntować swoją pozycję w regionie, bądź Katar, który wprawdzie niedawno wkroczył na arenę międzynarodową, ale ma już wystarczające środki i interesy (polityczne, strategiczne i religijne), aby odegrać istotną rolę w negocjacjach. Tak wygląda sytuacja po zmianach, jakie przyniosła arabska wiosna.

A Europa? Jest tam nieobecna i nikt się na nią nie ogląda. Jej rola w konflikcie polegała dotąd na płaceniu rachunków, z którymi nie mogli sobie poradzić Palestyńczycy i które w wielu przypadkach powinni byli zapłacić Izraelczycy. Rola, którą Unia Europejska przyjmowała bez sprzeciwu i która pozwoliła jej zaoszczędzić wielu łamigłówek. Teraz jednak to Bruksela nie jest gotowa dalej płacić. Nie potrafi nawet dojść do porozumienia przy redagowaniu komunikatu.

W poniedziałek, kiedy ministrowie spraw zagranicznych opracowywali ten dokument, Wielka Brytania i Francja reprezentowały pogląd, że należy domagać się od Izraela, by zaniechał ataków, podczas gdy Catherine Ashton, szefa europejskiej dyplomacji, popierana przez Niemcy, próbowała narzucić swój punkt widzenia.

Po pierwsze, potępiała ataki rakietowe przypuszczone przeciwko Izraelowi ze strefy Gazy. Po drugie, broniła prawa Izraela do obrony swoich obywateli i po trzecie, zachęcała Tel Awiw, by „podejmował proporcjonalne działania i zapewnił bezpieczeństwo ludności cywilnej”. A o tym, że Gaza, region znacznie gęściej zaludniony, cierpi z powodu nałożonej przez Izrael blokady, nawet nie wspomniała.

Rzeczywistość wyraźnie pokazuje, że operacja uruchomiona przez Izrael, według oficjalnej wersji po to, aby powstrzymać powietrzne ataki rakietowe i bombardowania z okrętów wojennych, kosztowała życie co najmniej 147 Palestyńczyków, w tym wielu kobiet i dzieci, a ponad 900 osób zostało rannych, zniszczono też wiele obiektów cywilnych. Straty i ofiary w ludziach po stronie izraelskiej, spowodowane przez palestyńskie pociski (pięcioro zabitych), z całą pewnością nie są proporcjonalne, jak tego oczekiwała Europa.

Arabska wiosna postawiła Unię Europejską w kłopotliwej sytuacji. Po tym, jak wielokrotnie podkreślała konieczność wprowadzenia demokracji w tym regionie, nie dopuszczając myśli, że autokracje są mniejszym złem niż islamizm, kompletnie nie miała pojęcia, co zrobić z tym ruchem. Teraz też nie ma. Poza podpisywaniem deklaracji, które w rzeczywistości okazują się pustymi słowami, Unia Europejska rezygnuje de facto z odegrania jakiejkolwiek roli w rozwiązaniu konfliktu, toczącego się w niewielkiej odległości od jej granic. Wygląda to tak, jakby Europa zupełnie nie interesowała się tym regionem, a przecież trochę jednak powinna.