Na sali rozpraw w Europejskim Trybunale Praw Człowieka zasiadają przedstawiciele Armenii, Bułgarii, Litwy, Malty, Rosji, San Marino i Cypru. Tego dnia na wokandzie znalazła się bowiem bardzo kontrowersyjna sprawa. Europejscy sędziowie muszą rozstrzygnąć, czy z włoskich szkół mają zniknąć krzyże. Ich obecność – jak twierdzi powód – jest sprzeczna z zasadą bezstronności religijnej państwa. Kraje obecne na sali obawiają się podobnych procesów i dlatego zasiadły po stronie oskarżonego – Republiki Włoskiej, reprezentowanej przez Josepha Weilera, najwyższej klasy eksperta w dziedzinie prawa europejskiego, a traf chciał, że praktykującego żyda.

Udział Weilera w tym procesie to znak czasu. Europejski krajobraz religijny jest dziś bowiem tak zróżnicowany, że tego typu paradoksy zdają się na porządku dziennym. Poszczególne wyznania rywalizują ze sobą, ale coraz częściej zdarza się, że nawzajem sobie pomagają. Żyd broni symbolu chrześcijaństwa, prawosławni z Bułgarii idą w sukurs włoskim katolikom. Globalizacja prowadząca do rozmycia granic sprawia, że konfliktów między wierzącymi, innowiercami i niewierzącymi trudno uniknąć. Najbardziej dramatycznym wyrazem nowych walk światopoglądowych jest, jak dotąd niekończący się, spór wokół wszystkiego, co muzułmańskie, którego kolejną odsłonę sprezentował nam holenderski wróg islamu Geert Wilders. Pojawiające się przy tej okazji pytania są jednak bardziej ogólne i dotyczą kwestii, jak w Europie XXI wieku wyglądać powinny stosunki między państwem a religią.

Analfabetyzm religijny

Debata na temat miejsca islamu w społeczeństwie europejskim wykracza naturalnie poza wymiar czysto religijny. W dzisiejszej Europie reakcje antymuzułmańskie to wyraz ogólnych tendencji ksenofobicznych i rasistowskich – pozornie światłych i uzasadnionych, bo wymierzonych przeciw fanatyzmowi i „mrokom średniowiecza”.

W samym sercu debaty znajduje się jednak religia. A Europejczycy Anno Domini 2010 najwyraźniej nie są zbyt dobrze przygotowani, by poradzić sobie z tym wyzwaniem. Europa to dziś najmniej religijny region świata – chłodna strefa sekularyzacji na kuli ziemskiej znajdującej się w wyznaniowym stanie wrzenia. Chrześcijaństwu, tak istotnemu w historii kontynentu, przypadła rola outsidera. Przykłady o tym świadczące można by mnożyć bez końca – od linii lotniczych British Airways, które wyrzuciły z pracy stewardesę, ponieważ nie chciała zdjąć łańcuszka z krzyżykiem, aż po (odrzucony) projekt konstytucji europejskiej, gdzie zabrakło miejsca na wzmiankę o Bogu. Sytuację na Starym Kontynencie cechuje religijny analfabetyzm i niemożność uznania wiary za jedną z liczących się sił współczesności. I to właśnie w tym kontekście postrzegać należy szerzący się obecnie strach przed islamem – strach podwójny, gdyż islam to nie tylko element obcy, ale i religia budząca intensywne emocje, o jakich Europejczycy zdążyli już zapomnieć.

Spośród wszelkich możliwych układów sił między niebem a ziemią na pierwsze miejsce wysuwa się ostatnio polityka najbardziej wroga religii – laicyzm na modłę francuską. Idąc jej śladem, z czystym sumieniem można zakazać noszenia chust muzułmańskich w szkołach, a następnie zdjąć krucyfiksy. Równość przed prawem oznacza bowiem, że wszyscy muszą liczyć się z taką samą podejrzliwością, kontrolą i represjami.

Bezkolizyjna koegzystencja państwa i Kościoła

Nie tędy jednak droga. Celem, do którego powinna dążyć Europa, nie może być religijna bezpłciowość, lecz różnorodność. Tak jak w przypadku gospodarki i technologii, Zachód nie ma już monopolu na jedynie słuszną politykę światopoglądową i nie może tak po prostu narzucić całej ludzkości, że Bóg umarł albo tak się postarzał, że trzeba go trzymać z dala od spraw doczesnych.

Zresztą nawet w krajach starej Europy laicyzm nie ma bynajmniej statusu doktryny państwowej. Z jednej strony wskazać by można Niemcy i panującą tam bezkolizyjną koegzystencję państwa i Kościoła. Z drugiej, wspomnieć należy o modelu brytyjskim, gdzie zwierzchnikiem Kościoła państwowego jest królowa, a w sprawach wyznaniowych dominuje życzliwa obojętność (nikogo nie oburza, że policjant, który przynależy do wspólnoty sikhów, nosi turban). Nie można też zapominać o Włochach, gdzie o kwestiach religijnych wciąż jeszcze dyskutuje się w cieniu Watykanu, co jednak prowadzi do zaskakującej otwartości kulturowej – kto przyzwyczaił się do sutanny i habitu na niemal każdym kroku, ten nie będzie spoglądał krzywym okiem na chustę na głowie muzułmanki.

Religia, siła oporu

To właśnie w tych modelach szukać należy źródeł opanowania i swobody, które będą Europie potrzebne w przyszłości naznaczonej nieuchronnie wyznaniowym pluralizmem. Muzułmanki w tradycyjnych strojach, którym zabrania się wstępu do szkół we Francji, znajdują dziś schronienie w prywatnych szkołach katolickich, gdzie ich ubiór nie jest problemem. Oto prawdziwe alternatywne wobec laicyzmu rozwiązanie – wierni i innowiercy zjednoczeni w sojuszu przeciw wrogom religii. Taki scenariusz oznacza jednak ostateczne pożegnanie z wizją Europy chrześcijańskiej, której wciąż jeszcze hołduje wielu konserwatystów.

Fakt, że większość obywateli Turcji to muzułmanie, nie może dziś już stanowić kryterium przekreślającego szanse na członkostwo w Unii Europejskiej. Uzasadnionym argumentem jest natomiast, że w kraju tym panuje monokultura ideologiczna i religijna. Jeśli w danym państwie próby zbudowania kościoła spotykają się z szykanami, narusza ono zasady, na jakich opiera się wspólnota europejska. Analogiczny tok rozumowania dotyczyć powinien też jednak minaretów.

Owszem, religia kryje w sobie wiele niebezpieczeństw. W jej imię przelano na świecie dużo krwi. Ale potrafi ona też dać siłę, by skutecznie odeprzeć płynącą ze strony państwa lub społeczeństwa presję wymuszającą na jednostce bezwzględne podporządkowanie. W krajach muzułmańskich obywatele powołują się na islam, domagając się sprawiedliwości – tak dzieje się na przykład w Egipcie. Mądrzy politycy zdają sobie sprawę, że wyzwanie rzucone im przez wiernych w gruncie rzeczy niesie wiele korzyści. I jest to mocny argument przemawiający za obecnością religii w przestrzeni publicznej. O tym, że obecna sytuacja to nie jedyna możliwa wersja rzeczywistości, przypominają krzyże na wieżach kościelnych w niemal wszystkich miastach Europy. Równie dobrze mogłyby to być półksiężyce na dachach meczetów.