Od prawie 10 lat Bruksela próbuje sankcji, by skłonić autorytarny miński reżim do ustępstw . Odmówiła wiz prominentnym przedstawicielom Białorusi, wykluczyła ten kraj z niektórych form współpracy, utrudnia mu wymianę handlową i popiera opozycję demokratyczną. I nic z tego nie wychodzi. Przed dwoma laty Unia Europejska zdecydowała się więc na nową strategię. „Partnerstwo wschodnie”, obejmujące stosunki z sześcioma dawnymi republikami sowieckimi, miało również dotyczyć Mińska i umożliwić Brukseli bezpośrednie kontakty z tamtejszym reżimem.

Jednocześnie Bruksela zdecydowała, by w mniejszym stopniu stawiać na opozycję polityczną, a dawać poparcie organizacjom pozarządowym, stowarzyszeniom i inicjatywom obywatelskim. Wypada teraz zapytać, jakie ta polityka przynosi owoce. Można bowiem mieć wątpliwości, czy aby bezpośrednie kontakty z autorytarnym rządem nie przyczyniają się do jego stabilizacji. I czy Zachód nie zrobiłby lepiej, gdyby, na wzór polityki realizowanej niegdyś wobec imperium sowieckiego przez amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana, posługiwał się w stosunkach z Białorusią metodami twardej ręki.

„Łukaszenko wodzi Unię za nos”

„Moim zdaniem chodzi po prostu o politykę appeasementu, obłaskawiania”, twierdzi Andrej Sannikow. To jeden z największych zwolenników UE wśród licznych dysydentów, którzy w wyborach prezydenckich, tej zimy, pragną kandydować przeciwko Aleksandrowi Łukaszence. Ze swoim obywatelskim ruchem „Białoruś europejska” odważnie postuluje przystąpienie kraju do Unii. I o ile w zasadzie przychylnie odnosi się do „Partnerstwa wschodniego” nie ukrywa, że jest mocno zatroskany zaniechaniem przez Brukselę nacisku na rząd.

„Bruksela powinna zająć twarde stanowisko i domagać się od rządu w Mińsku, żeby przede wszystkim wywiązywał się ze swoich wewnętrznych zobowiązań”. Sannikow twierdzi, że „Łukaszenko wodzi Unię Europejską za nos”. W 2008 r. Unia uwarunkowała swój życzliwy stosunek do Białorusi spełnieniem przez nią pięciu warunków – zniesienia kary śmierci, przeprowadzenia demokratycznych wyborów, gwarancji swobód prasowych, zaniechania szykan wobec organizacji pozarządowych, uwolnienia wszystkich więźniów politycznych.

Przez chwilę wydawało się, że coś się ruszyło. Mińsk uwolnił dysydentów, zakazane kiedyś gazety znów pokazały się w kioskach, a reforma ordynacji wyborczej nieco ułatwiła kandydowanie ludziom opozycji. Ale ta odwilż polityczna miała krótki żywot. Wybory samorządowe, które po niej nastąpiły, z demokracją nie miały nic wspólnego. Zdaniem organizacji pozarządowych swobody demokratyczne na Białorusi są dziś marzeniem ściętej głowy.

Demokratyzacja za mgłą

Sannikowa uważa, że „nawiązany z dyktatorem dialog w ogóle nie poprawił stanu swobód obywatelskich na Białorusi, a nowa linia polityczna UE przede wszystkim poważnie zaszkodziła białoruskiej opozycji”. Wśród członków Wspólnoty opinie co do tego, jakie stanowisko należy zająć wobec Łukaszenki, różnią się. Podczas gdy Niemcy, Szwecja, Finlandia oraz cztery kraje grupy Wyszehradzkiej (Węgry, Polska, Czechy i Słowacja) tradycyjnie już zalecają postawę bardziej pojednawczą, Parlament Europejski ostrzegł w marcu Mińsk, że w razie dalszego gwałcenia praw człowieka sankcje obowiązujące poprzednio mogą być przywrócone.

Wiele faktów wskazuje jednak, że jeśli się chce, by pewnego dnia pojawiła się na mapie Europy demokratyczna Białoruś, to nie będzie można uniknąć pertraktacji z jej obecnym reżimem. Rosja będzie usiłowała wszelkimi sposobami przeszkodzić przystąpieniu Białorusi do NATO i do UE. Będzie więc popierała Łukaszenkę, ile tylko się da.

Doświadczenie wskazuje, że nawet w sytuacji gospodarczego upadku jakiegoś kraju, wcale nie ma pewności, że nastąpi upadek reżimu i demokratyzacja tego państwa. Nie ma recepty na to, jaka polityka Zachodu mogłaby szybciej doprowadzić do demokratyzacji Białorusi. Jak bowiem mówi socjolog Oleg Manajew o upadku komunizmu w Europie Wschodniej – „był to w znacznej mierze istny cud”.