Lotnisko w Limie, godzina 19. W hali odlotów zapowiedziano już nocne loty do Europy. Oparty łokciami o barierkę na kładce wznoszącej się ponad strefą nadawania bagażu, agent DIRANDRO (peruwiańskiej policji antynarkotykowej) obserwuje sznur pasażerów i wyłapuje tych, którzy wydają się podenerwowani albo ostentacyjnie unikają psów i umundurowanych policjantów. Poniżej inni agenci przypatrują się twarzom: zaczerwienione albo podkrążone oczy, biały język i oddech zalatujący lateksem niezawodnie sygnalizują obecność „muła”, który połknął kokainę.

Nagle, niemal dostrzegalnie, pewien mężczyzna z walizką zostaje wyciągnięty z tłumu. Podejrzany zostaje odprowadzony do biura DIRANDRO, gdzie skuwa mu się ręce i nogi w kostkach. Z otwartej walizki wypada mata do zabawy dla dzieci… Śledczy potrzebują nie więcej niż dziesięciu minut, aby wydobyć blisko trzy kilogramy czystej kokainy starannie zapakowanej w czarnych plastikowych workach ukrytych pod podszewkami.

„Kryzys ich do tego popchnął”

„Tym razem to jest Rumun”, stwierdza komendant Anderson Reyes, dowódca wydziału antynarkotykowego na lotnisku, na którym przechwytuje się średnio osiem kilogramów kokainy dziennie. „Mamy również Greków, Bułgarów, Francuzów, no i oczywiście Hiszpanów, których jest najwięcej… W tym roku ich liczba przekroczyła nawet liczbę peruwiańskich kurierów. Od każdego z nich słyszymy to samo, to kryzys ekonomiczny ich do tego popchnął”.

Jest to już masowe zjawisko. W więzieniach w Peru siedzi 695 Europejczyków, z czego 90 proc. za przewóz narkotyków. Ten kraj stał się w 2011 r. największym eksporterem kokainy do Europy. Kurierzy, którym uda się prześlizgnąć, mogą zarobić do 10 tysięcy euro. W przypadku pozostałych podróż często kończy się w więzieniu w Callao niedaleko od lotniska. Ten zakład karny ma okropną reputację, podobnie jak cała otaczająca go dzielnica.

Grupa Francuzów i Hiszpanów wychodzi z pawilonu zarezerwowanego dla cudzoziemców i wychodzi na jeden z dziedzińców, gdzie ustawiono krzesła. Paru zawodowych przemytników bardzo szybko się ulatnia, ale inni pozostają, żeby opowiedzieć o tym, jaki niebywały scenariusz napisało ich życie. Taki choćby Timoteo, były portier w barcelońskiej dyskotece. „Miałem pracę już tylko w weekendy, a moja żona była w ciąży i od dwu miesięcy zalegaliśmy z czynszem. Akurat wtedy przedstawiono mi niejakiego Davida. On zaoferował mi spory zarobek za ten wyjazd tutaj, bez ponoszenia żadnych kosztów i bez ryzyka. Wahałem się, ale on był nieustępliwy. W Hiszpanii są tacy zawodowi naganiacze, których praca polega na werbowaniu osób będących w krytycznej sytuacji, takich jak ja. Oni ciebie szukają, chcą cię mieć”.

Wzbudzający zaufanie wygląd Europejczyka

Ciąg dalszy poznajemy z opowieści Jérémy’ego. Ten młody paryżanin pochodzący z praktykującej żydowskiej rodziny, a pracujący jako piekarz w Brukseli, został zwerbowany przez jednego ze swoich klientów: „Zarezerwowano dla mnie pokój w Miraflores, w pięknej dzielnicy Limy. Poproszono mnie, żebym odgrywał turystę, to wszystko. Dostałem komórkę z lokalnym numerem, żeby być w kontakcie, a ostatniego dnia pewien Włoch polecił mi zniszczyć kartę SIM i udać się do ostatniego hotelu, gdzie wręczono mi walizkę. W dniu wyjazdu podczas odprawy poproszono mnie za kontuar. Policjant wbił nóż w moją walizkę i włożył patyczek kosmetyczny w szczelinę. Powiedział mi: „Jeżeli po wyjęciu będzie niebieski, to znaczy, że twoja walizka jest z kokainy… I oczywiście po wyjęciu był cały niebieski”.

Jérémy wie, dlaczego go zwerbowano: „Nie jestem przestępcą, nie biorę narkotyków, mam wzbudzający zaufanie wygląd Europejczyka, który może łatwo przejść kontrole… no i potrzebowałem pieniędzy”. Taki sam profil reprezentuje Jean-Christian, inny z piętnastu Francuzów uwięzionych w Peru, który stara się przeżyć, oferując odpłatne masaże współwięźniom. Ale też Ivan, urzędnik miejski z Madrytu. Albo Gustavo – bezrobotny, który jest rekordzistą w tej grupie, bo za jednym razem przewoził aż dziesięć kilogramów kokainy. Wszyscy oni dostali po równo: sześć lat i osiem miesięcy odsiadki.

Po dwóch i pół roku Europejczycy korzystają z warunkowego zwolnienia i mogą na ogół wyjść z więzienia, jednak bez możliwości powrotu do kraju. Wtedy zaczyna się kolejny koszmar. „Ci ludzie, którzy nie są zawodowymi szmuglerami, są zmuszeni nielegalnie opuścić Peru, ze wszystkimi zagrożeniami, jakie temu towarzyszą”, oburza się Castillo Torres z biura Obrony Ludu. „Tym, którzy nie mogą tego zrobić, pozostaje życie na ulicy albo w kilku domach zakonnych, które ich przyjmują”.

„Narkotykowe babcie”

La Casa Acogida w Callao jest jedną z tych instytucji. Na fasadzie budynku nie ma żadnej tabliczki. Dzwonek, do którego można sięgnąć, wsuwając ręką przez okratowaną furtkę, jest zupełnie nieoznakowany. „W dzielnicy takiej jak ta, lepiej zachowywać dyskrecję”, wyjaśnia Julia, otwierając drzwi. W wieku 58 lat ta babcia z Barcelony, która powinna właściwie teraz rozpieszczać swoje wnuki, została zatrzymana na lotnisku w Limie z walizką „nafaszerowaną” kokainą.

Mijamy ołtarzyk poświęcony Maryi udekorowany paroma kwiatami i wchodzimy na górę do małego saloniku. Siedzi tam już Roberta. Ta była sprzedawczyni przedstawia się bez zbytecznych upiększeń: „Mam 62 lata i nie mogłam wyżyć ze swojej emerytury… Miałam cztery kilogramy towaru przyklejone taśmą na ciele”.

Historia tych „narkotykowych babć” jest tak zdumiewająca, że one same czują potrzebę zaprezentowania całego pliku kserokopii poświadczających ich procesy i wyroki. „Przez 35 lat pracowałam na oddziale geriatrycznym”, opowiada Julia. „Kiedy w Hiszpanii zawalił się rynek nieruchomości, mój syn mieszkający ze mną stracił pracę na budowie. On ma czworo dzieci, nie mieliśmy z czego opłacać rachunków. Właśnie wtedy przyjaciel powiedział mi, że dwa razy odbył podróż do Peru, bez żadnych problemów… Oni mamią cię tymi pieniędzmi, których brak tak ci doskwiera, a ty człowieku rwiesz do przodu jak osioł!”.