Kradzież dzieł wartych 100 milionów euro z Muzeum Sztuki Nowoczesnej Miasta Paryża w maju oraz rozpoczynający się w przyszłym miesiącu proces trzech mężczyzn oskarżonych w związku z zuchwałym włamaniem do znajdującego się na lewym brzegu Sekwany mieszkania wnuczki Picassa pokazują dobitnie, jak bezbronni są kustosze i właściciele wielkiej sztuki w obliczu niezmordowanych wysiłków złodziei.

Tożsamość samych sprawców pozostaje w obu przypadkach nieznana – trójka oskarżonych we wrześniowym procesie to tylko paserzy, czyli ci, którzy próbowali sprzedać skradzione obrazy Picassa. To wystarczający powód, by podsycać gorączkowe spekulacje w artystycznym światku Francji na temat tych przestępstw i wiążących się z nimi wątpliwości. Kto stoi za co najmniej dwudziestoma kradzieżami dzieł sztuki, jakie zdarzają się w tym kraju rokrocznie? Jak złodzieje wyobrażają sobie sprzedaż łatwo rozpoznawalnych wybitnych dzieł? I wreszcie, co najważniejsze, czy francuskie instytucje artystyczne, słynne na całym świecie, są przygotowane na to, by radzić sobie z działaniami niepowiązanych ze sobą, jak się zdaje, grup zawodowych przestępców?

W mrocznym światku handlu kradzionymi dziełami sztuki, francuskie muzea to jeden z głównych terenów łowieckich. Rekord 47 kradzieży z 1998 r. pozostaje jak dotąd niepobity, ale i tak w ostatnich piętnastu latach na jeden rok przypadało średnio trzydzieści pięć tego rodzaju włamań. Istnieje wiele teorii próbujących wyjaśnić, co się dzieje, generalnie jednak uważa się, że mamy do czynienia z wyspecjalizowanym złodziejskim półświatkiem, którego członkowie działają w niewielkich grupach o płynnej konfiguracji, dzielą się informacjami o potencjalnych nabywcach i dziełach będących na sprzedaż, a każdy skok starannie planują.

Na celowniku francuskie i włoskie muzea

„Dyrektorzy muzeów mówią mi, że myślą o tym codziennie”, przyznał Christophe Girard, zastępca mera Paryża odpowiedzialny za kulturę. „Wszyscy wiedzą, że przestępcy są bardzo pomysłowi, a wartość dzieł sztuki jest dzisiaj często niebotycznie wysoka”. Muzea od Bostonu po Kair wiedzą już, że bezpieczeństwo jest rzeczą najwyższej wagi, ale to Francja i Włochy, z ich ogromnym dziedzictwem kultury materialnej, są najbardziej narażone na kradzieże, twierdzi Interpol, międzynarodowa agencja policyjna z siedzibą w Lyonie; sporządzona przez nią w zeszłym roku lista skradzionych dzieł sztuki zawiera trzydzieści pięć tysięcy pozycji.

Karl Heinz Kind, w tej instytucji szef wydziału ds. kradzieży dzieł sztuki, wyśmiewa tezę, spopularyzowaną przez hollywoodzkie filmy, że za włamaniami do muzeów stoją bogaci kolekcjonerzy. Jego zdaniem „to czysta fikcja”. W rzeczywistości, jak pokazuje to zarówno przypadek kradzieży z paryskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej, jak i włamania do mieszkania spadkobierczyni Picassa, dobra organizacja zdaje się być punktem honoru dla tych, którzy kradną dzieła sztuki, twierdzi były agent FBI Robert Wittman. To on, udając bogatego zbieracza z Filadelfii, przeniknął do gangu działającego na południu Francji i pomógł policji odzyskać Moneta i inne obrazy skradzione w Nicei w 2007 r.

Wittman przyznaje, że niektórzy ze złodziei działających w branży artystycznej mają powiązania z Brise de Mer, korsykańskim gangiem, zdziesiątkowanym ostatnio w wyniku serii zabójstw, ale w zasadzie są to po prostu przestępcy, którzy kradną to, co można dobrze sprzedać. „Działają w luźno powiązanych grupach”, twierdzi ów były tajny agent (dziś tajemnic już nie ma, bo swoją działalność opisał w książce po tytułem „Priceless”). „Mają komórki w całym kraju i każda z nich wie, co robią pozostałe. Jeżeli grupa w Marsylii znajdzie kupca, daje znać innym. Nie ma specjalizacji pomiędzy grupami. To złodzieje, i tyle.

Jak podwójna helisa

Czy to właśnie grupy tego rodzaju są odpowiedzialne za włamanie do paryskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej? Charles Hill, emerytowany oficer Scotland Yardu, a dzisiaj prywatny detektyw specjalizujący się w odzyskiwaniu dzieł sztuki, przybrał fałszywą tożsamość i zszedł do podziemia, by odzyskać „Krzyk" Muncha zrabowany w 1994 r. z Narodowej Galerii w Oslo. Podobna sztuka udała mu się z obrazem Vermeera skradzionym przez grupę Irlandczyków z angielskiego dworu. Mówi, że „te grupy są jak podwójna helisa DNA – wszystkie są ze sobą powiązane i stanowią jeden splot”. Mają też świetne kontakty z przestępcami z Belgii i Holandii, szczególnie jeżeli chodzi o upłynnianie łupów. Francuska policja i sędzia zajmujący się sprawą udzielają bardzo niewielu informacji na temat śledztwa w sprawie kradzieży z paryskiego muzeum, zaprzeczają jednak, by istniały przesłanki wskazujące na udział Brise de Mer.

Eksperci twierdzą, iż ukraść wartościowe dzieło to żadna sztuka. Problem jest z tym, by ktoś je kupił, co wymaga odpowiedniej organizacji i systemu dystrybucji. Zazwyczaj to właśnie przy próbie sprzedaży złodzieje wpadają, twierdzi Robert Wittman i dodaje, że często to lepsi włamywacze niż biznesmeni. Niedawny przypadek w Niemczech pokazuje trudności, jakie stoją przed tymi, którzy usiłują upłynnić kradzioną sztukę. Czterech mężczyzn, w tym dwóch prawników, zostało aresztowanych, kiedy próbowali wynegocjować „honorarium” za załatwienie zwrotu ośmiu obrazów wartych 900 000 euro skradzionych w 2008 r. z Bankhaus Lampe, prywatnego banku z siedzibą w Düsseldorfie. Sprawcy zniknęli wtedy, jakby rozpłynęli się w powietrzu: żadnych śladów włamania, nic na wideo, drzwi zamknięte jak zwykle.

Do dzisiaj, mówi wiceburmistrz Girard, ani miasto, ani próbujące wrócić do normalnego funkcjonowania muzeum nie otrzymało żadnych żądań okupu. W przestronnej galerii poświęconej malarstwu Ecole de Paris – skąd skradziono „Kobietę z wachlarzem" Modiglianiego – malowane są dzisiaj ściany, a ramy wracają na swoje miejsce. Chociaż od czasu kradzieży znacznie wzmocniono środki bezpieczeństwa, jedna rzecz we Francji pozostaje niezmieniona: maksymalna kara pozbawienia wolności za kradzież – bez względu na wartość skradzionych przedmiotów – wynosi zaledwie pięć lat, mniej niż w wielu innych krajach w Europie. Jeżeli we wrześniowym procesie wydane zostaną wyroki skazujące, to, jak powiedział reprezentujący powódkę adwokat Baratelli, sprawcom grozi niewiele więcej niż dwa lata w więzieniu.