W Belfaście jest ulica o nazwie Madrid Street, którą przecina ściana niczym mur berliński. Jest zbudowana częściowo z cegły, częściowo z żelaza, a częściowo ze stali. Ma 7 metrów wysokości i jest naszpikowana drutami i szpikulcami. Stoi tu nie tylko po to, aby nikt nie mógł przeskoczyć na drugą stronę, ale także, aby ludzie nie mogli przerzucać nad nią kamieni, gwoździ czy bomb domowej produkcji sporządzonych z ropy naftowej. Nazywają tę ścianę „linią pokoju”, może dlatego, by nie nazywać jej murem wstydu. Ma za zadanie rozdzielać protestantów i katolików.

We wschodniej części Belfastu od kilku dni wschodzące słońce oświetla spalone samochody, rozbite szyby i resztki kamieni, którymi protestujący obrzucali policję. Wśród tego pobojowiska wznoszą się niewzruszone mury – bliscy krewni murów ze Strefy Gazy i z Cisjordanii – nadające tym miejscom surowy klimat, przywodzący na myśl obozy koncentracyjne. Pokrywają je graffiti na cześć zamaskowanych lojalistów z Ulsteru lub republikańskich męczenników z IRA.

Mury, główna atrakcja Belfastu

Stolica Irlandii Północnej jest dosłownie poprzecinana murami takimi jak ten na Madrid Street. Z najnowszych wyliczeń wynika, że ich liczba doszła do 99; rozmnożyły się znacznie od czasu porozumienia wielkopiątkowego. (I to ma być pokój?) Policja twierdzi, że bez tych „linii pokoju” miasto byłoby pogrążone w permanentnej wojnie. Na tych fortyfikacjach mieszkańcy wyładowują swój gniew i swoją bezsilność, a taksówkarze obwożą przybyszów w ich pobliżu i traktują je jako główną atrakcję turystyczną krwawiącego Belfastu.

Mur na Madrid Street leży na uboczu i nie mieści się w programie tych wycieczek. Znajduje się po drugiej stronie rzeki Lagan, czyli we wschodniej części miasta, gdzie częściej dochodziło do starć. W dzielnicy Short Strand, będącej czymś w rodzaju smutnego miejskiego getta z cegły, mieszka 6000 katolików, a 60 000 protestanckich sąsiadów ciągle przypomina im, że wyświadczają im łaskę, pozwalając żyć w strefie zdominowanej przez lojalistów.

W niedzielę rano na Madrid Street nie ma żywego ducha. Kiedy idziemy ulicą, w oddali słychać głosy, szczęk zamykanych drzwi, szczekanie psa. W końcu starszy mężczyzna wychodzi przed dom, żeby zapalić papierosa. Jesteśmy pod numerem 123, u stóp imponującego muru.

Za murem bezpieczniej

„To prawda, na pierwszy rzut oka budzi respekt, ale od czasu, gdy go zbudowali, czujemy się bezpieczniej”, przyznaje Phil Fermanagh, emerytowany murarz, pokazując nam ślady po gwoździach, którymi często bombardowano jego dom… Teraz przynajmniej możemy spać spokojnie i nie oglądamy codziennie walk ulicznych, a w nocy nie słyszymy strzałów. Ja sam wiele razy oberwałem na ulicy, zwłaszcza, kiedy byłem młody.

Wiem, że to nie jest postawa godna katolika, ale my tu dorastaliśmy, nienawidząc naszych bliźnich i vice versa. Madrid Street była jedną z najbardziej zapalnych stref w okresie zwanym The Troubles (największego nasilenia konfliktów w Ulsterze, od końca lat 60. do porozumienia wielkopiątkowego). Chociaż sam nie wiem, na pewno gdyby spytał pan kogoś po tamtej stronie, opowiedziałby panu inną historię”.

Po drugiej stronie ściany

Jednak aby przedostać się „na drugą stronę”, do dzielnicy protestanckiej, trzeba przejść pół kilometra wzdłuż muru, przez Bryson Street i przeżegnać się przed kościołem św. Mateusza (gdzie w 1970 r. miała miejsce słynna bitwa między katolikami i protestantami, która przyniosła dwie ofiary śmiertelne i dziesiątki rannych).

„Loyalist East Belfast”, czytamy na muralu, z którego spoglądają na nas oprawcy ze Stowarzyszenia Obrony Ulsteru (lojalistycznego ugrupowania paramilitarnego), mierząc w nas, gdziekolwiek się ruszymy, z luf swoich namalowanych karabinów. Wszędzie dookoła widać nieustającą orgię brytyjskich flag Union Jack, powiewających na wietrze…

Nie rozmawiam z sąsiadami

„Te flagi pozawieszali po to, żeby nas obrazić i przeciwko temu protestujemy – twierdzi trzydziestosiedmioletnia Heather Murray, mieszkająca przy Susan Street, po drugiej stronie muru. Za to, co zdarzyło się podczas zamieszek, winę ponosi policja, która nie pozwoliła naszym wrócić do domów. Ja tam nie byłam, był mój mąż. Mam dwoje małych dzieci i boję się wychodzić na ulicę, ze względu na to, co się tu dzieje. Policja tylko nas prowokuje. Wszystko jest na odwrót, zwrócili się przeciwko nam”.

Podobnie jak 68 procent protestantów w Belfaście Heather Murray wyznaje, że nie rozmawia ze swymi katolickimi sąsiadami. „Żyjemy w dwóch różnych światach, chcemy innej przyszłości dla Ulsteru i wierzymy w różne rzeczy”, przyznaje. „Chociaż w głębi duszy myślę, że modlimy się do tego samego Boga i że kiedyś On wysłucha naszych modlitw”.