Unia Europejska umiera – nie śmiercią nagłą czy dramatyczną, raczej powolną. Tak powolną, że któregoś dnia, spojrzawszy przez Atlantyk, nie zobaczymy czegoś, co od ponad pół wieku wydaje nam się oczywiste – stwierdzimy, iż projekt integracji europejskiej przestał istnieć.

Przyczyny schyłku Europy są po części natury ekonomicznej. Kryzys finansowy mocno uderzył gospodarkę wielu europejskich krajów, a wysokie deficyty budżetowe i niepewna kondycja banków w regionie wróżą kolejne kłopoty. Jednak te problemy bledną w porównaniu z poważniejszą chorobą – od Londynu przez Berlin po Warszawę przechodzi fala renacjonalizacji życia politycznego, a państwa odzyskują dla siebie prerogatywy, z których kiedyś dobrowolnie zrezygnowały w imię wspólnych ideałów.

Europa przestała być dobrem wspólnym

Dla wielu Europejczyków wyższe dobro zdaje się już nie liczyć. Zastanawiają się, co właściwie daje im Unia i pytają, czy rzecz jest warta zachodu. Jeżeli trendy takie się utrzymają, mogą podważyć fundamenty jednego z najbardziej istotnych i nieoczekiwanych sukcesów XX wieku – zintegrowanej, pokojowej Europy, starającej się czerpać siłę z jedności. Efektem byłby rozpad Unii na pojedyncze państwa pozbawione znaczenia geopolitycznego, a USA straciłyby partnera zdolnego współpracować przy rozwiązywaniu problemów globalnych.

Erozja poparcia dla zjednoczonej Europy daje się zauważyć nawet w Niemczech. Pragnienie tego kraju, graniczące z obsesją, by zakończyć waśnie narodowe, które przez stulecia były przyczyną wielkich wojen, uczyniło go niegdyś siłą napędową integracji. Niechęć Berlina do udzielenia wsparcia Grecji w czasie jej niedawnej finansowej zapaści była wbrew duchowi wspólnego dobra, który jest symbolem zjednoczonej Europy.

Prawicowy populizm z kolei rośnie w siłę – głównie jako reakcja na napływ imigrantów. Ten twardogłowy nacjonalizm wymierzony jest nie tylko w mniejszości, ale także w Unię, z członkostwem w której wiąże się utrata części politycznej autonomii. Na Węgrzech, na przykład, niemal otwarcie ksenofobiczna Partia na rzecz Lepszych Węgier (Jobbik) zdobyła w ostatnich wyborach parlamentarnych 47 mandatów – a zaledwie cztery lata temu nie miała jeszcze ani jednego. Nawet w słynącej z tolerancji Holandii skrajnie prawicowa Partia Wolności uzyskała ostatnio ponad 15 procent głosów, co daje jej raptem siedem miejsc w parlamencie, mniej niż ma ich partia rządząca.

Nacjonalizmy zagrożeniem dla europejskiego projektu

Jakby te czynniki zagrażające stabilności UE nie były wystarczająco poważne, w lipcu unijną prezydencję objęła Belgia, kraj, gdzie mówiący po niderlandzku Flamandowie i francuskojęzyczni Walonowie są tak podzieleni, że chociaż wybory odbyły się w czerwcu, wciąż nie udało się wyłonić koalicji rządowej. Jest rzeczą wielce wymowną, że ci, których dotyka tego rodzaju nacjonalistyczny antagonizm, który Unia miała za zadanie wyeliminować, stoją właśnie na jej czele.

Renacjonalizacja europejskiej polityki jest przede wszystkim efektem zmiany pokoleniowej. Dla tych Europejczyków, którzy dorastali w czasie II wojny światowej lub zimnej wojny, Unia była drogą ucieczki od krwawej przeszłości. Młodzi myślą już inaczej – niedawny sondaż pokazał, że Wspólnota postrzegana jest jako gwarancja pokoju przez niemal dwa razy wyższy odsetek Francuzów w wieku 55 lat i starszych niż tych poniżej 36 roku życia. Nic dziwnego, że nowi europejscy przywódcy patrzą na Unię przez pryzmat chłodnego rachunku zysków i strat, a nie jak na coś, co należy przyjąć na wiarę.

Tymczasem presja globalizacji w połączeniu z efektami kryzysu finansowego sprawia, że europejskie państwo opiekuńcze chwieje się posadach. W czasie, kiedy wiek emerytalny rośnie, a emerytury spadają, Unia jest często przedstawiana jako główny winowajca kłopotów. We Francji na przykład ostrze antyeuropejskich kampanii kieruje się przeciwko rzekomo „anglosaskiej” niechęci Brukseli wobec idei opiekuńczego państwa oraz przeciwko „polskiemu hydraulikowi” odbierającemu – za sprawą uwolnienia europejskiego rynku pracy – zatrudnienie miejscowym.

Pilnie potrzebni liderzy z wizją

Chociaż przeczekanie wydaje się dzisiaj najlepszą dla Unii strategią, jej staczanie się po równi pochyłej będzie trwało, a polityczne koszty tego zjawiska dotykać będą również jej partnerów poza Europą. Administracja prezydenta Obamy już wyraziła zaniepokojenie faktem, że geopolityczna pozycja Wspólnoty słabnie. Jak skarżył się sekretarz obrony Robert Gates na spotkaniu z wysokimi urzędnikami Sojuszu Północnoatlantyckiego w lutym tego roku: „Demilitaryzacja Europy – gdzie duża część opinii publicznej i klasy politycznej jest niechętna używaniu siły militarnej i obawia się wiążących się z tym zagrożeń – stała się z błogosławieństwa XX wieku przeszkodą uniemożliwiającą osiągnięcie realnego bezpieczeństwa w XXI”. Próbujące wygrzebać się z długów i dać swoim siłom zbrojnym trochę oddechu Stany Zjednoczone będą coraz bardziej oceniać swych sojuszników pod kątem tego, co są w stanie zaoferować. Jeżeli chodzi o Europę, to oferta ta jest dzisiaj mała i wciąż się kurczy.

Europa nie zmierza z powrotem ku wojnie; Europejczycy stracili na nią apetyt. Będziemy mieli do czynienia z procesem mniej dramatycznym, ale nie mniej definitywnym – europejska polityka będzie się stawała coraz mniej europejska, a coraz bardziej narodowa, aż Unia stanie się nią tylko z nazwy. Niektórym może nie wydawać się to wielką stratą, ale w świecie, który bardzo potrzebuje mówiącej jednym głosem, bogatej i silnej Europy to byłby historyczny krok wstecz, gdyby stała się ona podzielona i introwertyczna.

Sześćdziesiąt lat temu Jean Monnet, Robert Schuman i Konrad Adenauer zakładali Unię. Dzisiaj Europa potrzebuje nowego pokolenia liderów zdolnych tchnąć życie w projekt, który jest bliski wyzionięcia ducha. Dzisiaj niestety tych liderów na horyzoncie nie widać.