W jednym z ostatnich wywiadów przed swym upadkiem rumuński dyktator wyjaśnił zachodniemu dziennikarzowi, dlaczego obywatele jego kraju nie mogą podróżować po świecie, chociaż swoboda poruszania się zagwarantowana jest w Konstytucji. Odpowiedź była w najlepszym stylu stalinowskiej sofistyki, to prawda, Konstytucja gwarantuje prawo swobodnego przemieszczania się, ale gwarantuje również prawo do bezpieczeństwa i dobrobytu. Mamy tu więc potencjalny konflikt – gdyby Rumunom pozwolono wyjeżdżać z kraju, dobrobyt ich ojczyzny byłby zagrożony. Należy dokonać wyboru, a że prawo do życia w bezpieczeństwie i dobrobycie jest niewątpliwie ważniejsze…

Wydaje się, że ten sam duch odżywa w dzisiejszej Słowenii. W zeszłym miesiącu Trybunał Konstytucyjny uznał, że przeprowadzenie referendum na temat ustawy zakładającej stworzenie osobnego banku na złe długi oraz „holdingu” zarządzającego państwowymi aktywami byłoby niekonstytucyjne – w efekcie uniemożliwiając obywatelom wypowiedzenie się na ten temat. Żądanie przeprowadzenia referendum wysunęły związki zawodowe sprzeciwiające się neoliberalnej polityce rządu, a podpisało się pod nim wystarczająco wielu Słoweńców, by nabrało mocy prawnej.

Niekonstytucyjne referendum

Ideą „banku na złe długi” jest stworzenie osobnej instytucji, która przejmie wątpliwej jakości aktywa od głównych banków, które następnie zostaną dokapitalizowane przez państwo (to znaczy z kieszeni podatników), co uchroni przed poważnymi stratami tych, którzy za owe złe długi odpowiadają w pierwszym rzędzie. Był to pomysł kontrowersyjny, również wśród ekspertów ekonomicznych, i dyskutowany od wielu miesięcy. Dlaczego więc zabraniać referendum? Gdy w 2011 r. grecki premier Jeorjos Papandreu zaproponował przeprowadzenie ogólnokrajowego referendum na temat cięć budżetowych, w Brukseli zapanowała panika, ale nawet wtedy nikt nie śmiał otwarcie takiego referendum zabraniać.

Według słoweńskiego Trybunały Konstytucyjnego referendum „spowodowałoby niekonstytucyjne konsekwencje”. W jaki sposób? Trybunał przyznał, że prawo do referendum zapisane jest w Konstytucji, ale stwierdził, że jego realizacja zagroziłaby innym konstytucyjnym wartościom, które ze względu na kryzys finansowy powinny mieć pierwszeństwo, takim jak sprawne funkcjonowanie administracji państwowej, zwłaszcza w zakresie tworzenia warunków do wzrostu gospodarczego, oraz ochrona praw człowieka, zwłaszcza prawa do zabezpieczenia społecznego i wolności gospodarczej.

A więc krótko, oceniając możliwe konsekwencje referendum, Trybunał uznał po prostu, że niespełnienie żądań (lub oczekiwań) międzynarodowych instytucji finansowych może doprowadzić do kryzysu politycznego i gospodarczego, co byłoby niekonstytucyjne. By ująć rzecz jeszcze dobitniej, powiedzieć należy tak: ponieważ spełnienie tych żądań i oczekiwań jest konieczne dla utrzymania porządku konstytucyjnego, mają one pierwszeństwo przed Konstytucją (a tym samym przed suwerennością państwową).

Winna demokracja

Słowenia może być małym krajem, ale werdykt Trybunału jest odbiciem globalnej tendencji w kierunku ograniczania demokracji. U jej podstaw leży następująca filozofia – w skomplikowanej sytuacji gospodarczej, takiej jak dzisiejsza, większość ludzi nie ma wiedzy koniecznej, by podejmować decyzje – nie są świadomi katastrofalnych konsekwencji, jakie spowodowałoby przyjęcie ich żądań. Nie jest to argumentacja nowa. W wywiadzie telewizyjnym kilka lat temu socjolog Rolf Dahrendorf powiązał rosnącą nieufność wobec demokracji z faktem, iż po okresie rewolucyjnych zmian droga ku dobrobytowi zawsze wiedzie przez „dolinę łez”. Nie da się przejść bezpośrednio z socjalizmu do dobrze prosperującej gospodarki rynkowej, należy najpierw rozmontować ograniczone, ale realne, państwo socjalne, a te pierwsze kroki zawsze są bolesne.

To samo odnosi się do Europy Zachodniej, gdzie przejście od powojennego państwa opiekuńczego do nowej globalnej gospodarki oznacza bolesne wyrzeczenia, mniej bezpieczeństwa, mniej gwarantowanej opieki społecznej. Kwintesencją problemu według Dahrendorfa jest ten prosty fakt, że owo bolesne przejście przez „dolinę łez” trwa dłużej niż przeciętny okres między wyborami, istnieje więc silna pokusa, by dla krótkoterminowych celów politycznych odkładać na później niezbędne decyzje.

Paradygmatem dla Dahrendorfa jest tu powszechne w krajach postkomunistycznych rozczarowanie skutkami transformacji ustrojowej. W chwalebnych dniach 1989r. obywatele państw byłego bloku radzieckiego utożsamiali demokrację z obfitością zachodnich towarów konsumpcyjnych; dwadzieścia lat później obfitości wciąż nie ma, ale dzisiaj to demokracja jest winna.

Eksperci nie wiedzą, co robią

Niestety Dahrendorf poświęca o wiele mniej uwagi pokusie przeciwnej, jeżeli większość społeczeństwa opiera się niezbędnym zmianom strukturalnym w gospodarce, czy nie powinno być logicznym wnioskiem, że na dziesięć czy piętnaście lat władzę przejąć powinna – nawet środkami niedemokratycznymi – oświecona elita, dla zagwarantowania, że przeprowadzone zostaną niezbędne reformy, a tym samym położone podwaliny pod autentycznie stabilną demokrację?

Idąc tym tropem, dziennikarz Fareed Zakaria pokazał, że demokracja może „zaskoczyć” jedynie w krajach gospodarczo rozwiniętych. Jeżeli kraj rozwijający się zostanie „przedwcześnie zdemokratyzowany”, doprowadzi to do wzrostu populizmu, a w efekcie do ekonomicznej katastrofy i politycznego despotyzmu – nic dziwnego, że te byłe kraje Trzeciego Świata, które rozwijały się w ostatnich dekadach najszybciej – Tajwan, Korea Południowa, Chile – w pełni przyjęły demokrację dopiero po okresie rządów autorytarnych. Co więcej, czy takie myślenie nie jest najlepszym argumentem na rzecz chińskiego autorytaryzmu?

Nowość dzisiaj polega na tym, że od wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r. ta sama nieufność wobec demokracji – niegdyś ograniczona do krajów Trzeciego Świata albo postkomunistycznych – zaczyna narastać na rozwiniętym Zachodzie; to, przed czym dekadę czy dwie temu protekcjonalnie ostrzegaliśmy innych, dzisiaj dotyczy nas samych. Na pewno da się powiedzieć, że obecny kryzys świadczy o tym, iż to nie ludzie, lecz eksperci nie wiedzą, co robią.

Bezradność elit

W Europie Zachodniej obserwujemy dzisiaj rosnącą bezradność elit rządzących, które coraz mniej wiedzą o tym, jak rządzić. Spójrzmy na to, jak Europa radzi sobie z kryzysem greckim, naciskając na Grecję, by spłacała swoje długi, a jednocześnie rujnując jej gospodarkę poprzez narzucanie drakońskich oszczędności – i gwarantując tym samym, że grecki dług nigdy nie zostanie spłacony.

Pod koniec października zeszłego roku sam Międzynarodowy Fundusz Walutowy opublikował raport, z którego wynikało, że szkody powodowane przez drastyczne cięcia budżetowe mogą być trzy razy większe, niż wcześniej zakładano; było to przyznanie się do zasadniczego błędu.

Dzisiaj MFW przyznaje, że zmuszanie Grecji i innych zadłużonych krajów do zbyt szybkiego zbijania deficytu finansów publicznych mogło przynieść skutek odwrotny do zakładanego – ale przyznaje to dopiero po tym, jak tego rodzaju „błędne oceny” doprowadziły do utraty setek tysięcy miejsc pracy.

I to tutaj tkwi sedno „irracjonalnych” protestów społecznych przetaczających się przez Europę, protestujący bardzo dobrze wiedzą, czego nie wiedzą; nie udają, że mają gotowe rozwiązania; jednak instynkt podpowiada im prawidłowo – rządzący też tego nie wiedzą. W dzisiejszej Europie ślepcy prowadzą ślepców.